Hania odkrywa w kuchni babci tajemniczą szufladę, w której czeka coś małego, lśniącego i zupełnie niezwykłego.
Hania najbardziej lubiła te chwile u babci Krysi, kiedy w kuchni pachniało ciastem i malinową herbatą. Na stole stał dzbanek, za oknem szumiały liście, a wszystko było spokojne i przytulne.
Tego popołudnia babcia wyszła do ogrodu podlać kwiaty, a Hania została sama przy stole. Oparła brodę na dłoniach i zaczęła rozglądać się po kuchni. Najpierw spojrzała na kredens, potem na słoik z cukierkami, aż nagle jej wzrok zatrzymał się na czymś dziwnym.
Między zwykłymi szufladami była jedna mała, wąska szuflada, której Hania nigdy wcześniej nie zauważyła. Była lekko uchylona. Na jej froncie połyskiwały gwiazdki i chmurki, jakby ktoś narysował je srebrnym ołówkiem.
Hania podeszła cichutko i pociągnęła za uchwyt. Szuflada otworzyła się bez najmniejszego skrzypnięcia.
W środku leżała drobniutka łyżeczka, lśniąca jak kawałek księżyca. Przez chwilę Hania tylko patrzyła, bo wydawało jej się, że łyżeczka delikatnie drży. Potem wzięła ją do ręki.
Firanki nagle zakołysały się jak fale na jeziorze. Zegar na ścianie cichutko pstryknął, a z jego środka wyleciał motyl i uniósł się pod sam sufit.
Hania wstrzymała oddech.
Wtedy z wnętrza szuflady dobiegł ją jeszcze jeden dźwięk. Cichutki szelest. Jakby coś małego właśnie się obudziło.