Zosia znajduje w starej komodzie małą szufladkę, która świeci błękitnym światłem i szepcze, by za nią pójść.
W małym, słonecznym pokoju Zosi stała stara komoda z porysowanym blatem i ciężkimi szufladami. Za oknem bębnił deszcz, więc Zosia usiadła na dywanie i zaczęła porządkować swoje skarby: kredki, książeczki, kamienne biedronki i jedną zieloną wstążkę.
Przesuwała rzeczy z miejsca na miejsce, aż nagle jej palec zahaczył o coś gładkiego. W samym rogu komody, tuż pod blatem, była maleńka szufladka. Tak mała, że Zosia była pewna, że jeszcze przed chwilą jej tam nie było.
Nachyliła się bliżej. Złoty uchwyt był chłodny jak kropelka deszczu. Gdy pociągnęła, szufladka otworzyła się z cichym skrzypnięciem. Z wnętrza wypłynęło błękitne światełko, miękkie i migoczące, a w pokoju nagle pachniało malinami i wanilią.
Zosia cofnęła się o krok. Spomiędzy jasnych iskier wyskoczyła pierwsza maleńka gwiazdka. Potem druga. Zaśmiały się cienkimi głosikami, przefrunęły nad komodą i zatańczyły wokół dziewczynki.
– Chodź z nami – zaszemrały. – Chodź szybko.
Zosia zajrzała do środka jeszcze raz. W głębi szufladki zobaczyła wąziutkie schodki, schodzące w ciemność, jakby komoda miała w środku własny sekret. Serce zaczęło jej bić szybciej. Wtedy z wnętrza dobiegł cichy szelest, jakby coś właśnie się obudziło.