Sekretna wieża za Starym Lasem

Zosia i Kacper trafiają do ukrytej w Starym Lesie wieży. Znaleziony srebrny klucz otwiera drzwi, a w środku czeka magia, która właśnie się budzi.

W pierwszy dzień wakacji Zosia i Kacper ruszyli do Starego Lasu, zanim słońce zdążyło porządnie rozgrzać dachy domów. Powietrze było ciepłe i nieruchome, a między pniami tańczyły złote smugi światła. Las zwykle trzaskał, szeleścił i pełzał od dźwięków, lecz tego ranka milczał tak dziwnie, jakby coś ukrywał.

Zosia zawsze pierwsza wpadała na szalone pomysły. Kacper za to widział w ziemi ślady, których nikt inny nawet by nie zauważył, i potrafił odróżnić szyszkę starej sosny od świeżo odgryzionego orzecha. Tego dnia oboje chcieli znaleźć coś niezwykłego. Nie byle gałąź ani zwykłe gniazdo, tylko prawdziwą tajemnicę.

Przedzierali się przez paprocie, które łaskotały ich po łydkach, i przez miękki mech, zapadający się pod stopami jak poduszka. Nagle Zosia przystanęła.

Pod grubym korzeniem, wśród suchych liści, coś błysnęło.

— Patrz! — szepnęła.

Kacper przykucnął obok niej. W palcach Zosi leżał mały srebrny klucz. Był zimny, gładki i tak lekki, jakby zrobiono go z księżycowego pyłu.

— Zostawmy go — mruknął Kacper. — Pewnie do niczego nie pasuje.

— Albo właśnie pasuje do czegoś ważnego — odparła Zosia i schowała klucz do kieszeni.

Szli dalej, żartując półgłosem o smokach śpiących pod mchami i czarownicach, które mylą ścieżki z własnymi włosami. Im głębiej wchodzili, tym ciaśniejsza robiła się ścieżka. Gałęzie starych drzew splatały się nad ich głowami, a niebo znikało kawałek po kawałku.

I wtedy zobaczyli ją.

Na środku małej polany stała wysoka kamienna wieża, opleciona dzikim winem i grubymi pniami bluszczu. Wyrastała z ziemi samotnie i nieruchomo, jakby las odsunął się od niej z szacunku albo ze strachu.

— Skąd ona się tu wzięła? — wyszeptał Kacper.

Podeszli bliżej. Przy ciężkich drzwiach wisiała kłódka o dziwnym kształcie, przypominająca zwiniętego węża.

Zosia bez wahania wyjęła srebrny klucz.

Klik.

Kłódka otworzyła się tak łatwo, jakby czekała właśnie na nich.

Drzwi skrzypnęły i uchyliły się same. W środku pachniało kurzem, kamieniem i czymś jeszcze — czymś chłodnym, ostrym, jak burza zamknięta w słoiku. Na ścianach wisiały portrety ludzi o zbyt czujnych oczach, a po podłodze przesuwały się cienie, choć nikt nie stał przy oknie.

Pośrodku komnaty stała szklana kula, migocząca bladym, niebieskim światłem. Obok leżała stara księga z zapisanymi runami, których Kacper nie umiał przeczytać.

Zrobił krok bliżej.

Kula nagle rozjarzyła się tak mocno, że oboje odruchowo zasłonili oczy. Wieża zadrżała. Z góry posypał się pył, a z wnętrza kuli dobiegł cichy, szeleszczący głos:

— Kto obudził Strażnika Wieży?

Zosia i Kacper spojrzeli na siebie bez tchu, gdy za ich plecami ciężkie drzwi zaczęły powoli się zamykać.