Czternastoletnia Lena odkrywa ukryte drzwi w najstarszej bibliotece miasta. Za nimi czeka miejsce pełne magii, znaków i kogoś, kto zna jej imię.
Lena lubiła bibliotekę na Starych Wzgórzach bardziej niż własny pokój. W innych miejscach było za jasno, za głośno i za zwyczajnie. Tutaj wszystko mówiło ciszej: skrzypienie desek, szelest przewracanych stron, cichy kurz unoszący się w smugach bladego światła. Między wysokimi regałami można było zniknąć na całe godziny, zwłaszcza w takie pochmurne popołudnia, gdy wiatr uderzał o szyby jak niecierpliwe palce.
Tego dnia szła znajomym korytarzem między działem historii a półką z fantastyką, kiedy coś przyciągnęło jej wzrok. Za regałem opisanym tabliczką „Lunarne Cienie” leżał wytarty dywan, jakby ktoś położył go tam dawno temu i zapomniał o nim na zawsze. Na jego środku połyskiwał srebrny znak przypominający sierp księżyca. Lena przykucnęła, przesunęła dłonią po wzorze i poczuła pod palcami delikatne drżenie materiału.
Dywan poruszył się lekko, odsłaniając w podłodze małe żelazne drzwiczki. Nie pasowały do niczego w tej części biblioteki. Miały wytartą klamkę i symbol sowy wybity w metalu, ciemny od czasu. Lena wstrzymała oddech. Serce zaczęło jej bić szybciej, kiedy położyła dłoń na chłodnej klamce. Przez chwilę miała ochotę odsunąć się i udawać, że niczego nie widziała.
Nie zrobiła tego.
Drzwiczki ustąpiły z cichym jękiem. Pod nimi ciągnęły się wąskie schody w dół, tak ciemne, jakby prowadziły nie pod bibliotekę, tylko gdzieś głębiej, pod cały świat. Pachniało wilgotnym kamieniem, starym pergaminem i czymś jeszcze, ostrym i metalicznym, jak burza przed pierwszym grzmotem. Lena włączyła latarkę w telefonie i zeszła niżej, jeden ostrożny krok po drugim.
Na dole czekała komnata wykuta w kamieniu. Ściany zasłaniały półki pełne książek oprawionych w skórę i płótno, bez żadnych znanych jej tytułów. Pośrodku podłogi płonął krąg niebieskawego światła, tak nierzeczywistego, że przez ułamek sekundy Lena pomyślała, że śni. Wtedy zobaczyła napisy na brzegu kręgu. Litery poruszały się same, składając zdanie na jej oczach: „Kto przekroczy ten próg, obudzi stare moce.”
Lena cofnęła się o krok.
Za jej plecami coś zaszeleściło. Niebieskie światło nagle przygasło, po czym wystrzeliło wyżej, rzucając na ściany długie, drżące cienie. Z mroku po drugiej stronie kręgu wyłoniła się wysoka postać w czarnym płaszczu i masce sowy. Wyciągnęła do niej dłoń, jakby to wszystko było od dawna zaplanowane.
— Czekałam na ciebie, Leno — powiedział cichy głos, który odbił się echem od kamiennych ścian. — I w końcu przyszłaś.
Książki na półkach zadrżały naraz. Jedna z nich wysunęła się powoli, sama z siebie, i upadła z głuchym trzaskiem tuż u stóp Leny.