Siedmioletnia Zuzia odkrywa w swojej szafie małe, lśniące drzwi, a za nimi coś, co pachnie wiatrem, śmiechem i tajemnicą.
Siedmioletnia Zuzia miała w pokoju starą, dużą szafę, która nocą zwykle tylko cicho skrzypiała. Ale tego wieczoru odezwała się zupełnie inaczej. Najpierw lekko zastukała. Raz. Potem drugi.
Zuzia usiadła prosto na łóżku. W pokoju było cicho, a jednak coś w szafie się poruszyło. Dziewczynka podeszła na paluszkach i uchyliła drzwi.
Na samym końcu, tam gdzie zwykle była tylko ciemna deska, zobaczyła maleńkie drzwi. Lśniły jak świeżo umyta łyżeczka i były nie większe niż książka do kolorowania. Zuzia aż wstrzymała oddech.
Z wnętrza powiał chłodny wiaterek. Zupełnie jakby po drugiej stronie ktoś otworzył okno. A potem rozległ się cichy śmiech, miękki i figlarny, jakby ktoś chował się tuż za ścianą.
Obok na półce leżał srebrny kluczyk. Zuzia była pewna, że jeszcze chwilę temu go tam nie było. Wzięła go do ręki. Był zimny i dziwnie lekki. Gdy wsunęła go do zamka, coś cichutko kliknęło.
Maleńkie drzwi same się uchyliły. Z ich środka wypłynął złoty blask, a w powietrzu zakręciły się drobne, migoczące motyle. Zuzia zrobiła krok bliżej. Za drzwiami coś poruszyło się w ciemności.
I wtedy ktoś cicho szepnął jej imię.