Młody wilczek Zorro i jego sfora tropią znikające zwierzęta w Eldarze, a ślady prowadzą ich do opuszczonej nory i tajemnicy, której nikt w lesie nie chce nazwać po imieniu.
Las Eldar miał w sobie coś, co nie pozwalało spać spokojnie. W dzień pachniał żywicą i mokrą ziemią, a nocą zdawał się oddychać własnym, cichym rytmem. Światło przeciskało się przez korony drzew w wąskich smugach, jakby samo bało się zejść niżej.
Zorro znał ten las od szczenięcia, ale tej nocy wydawał się obcy. Jego srebrzysta sierść migała w półmroku, kiedy siedział pod starym dębem razem ze swoją małą sforą. Lira nie spuszczała wzroku z ciemnych krzewów. Haro, zwykle pierwszy do żartu, tylko nerwowo poruszał uszami. Yuki stała najbliżej pnia, cicha i spięta, jakby już coś usłyszała.
Wokoło krążyły urywane głosy starszych wilków. W ostatnich dniach zniknęło kilka młodych królików. Potem nie wróciła Pina, sroka, która każdego ranka darła się nad polaną tak głośno, że nawet jeleń spuszczał łeb. Ktoś mówił o cieniu widywanym po zmroku. Ktoś inny o śladach, które znikały, zanim zdążył je obejrzeć.
Zorro podniósł głowę. Nie wierzył w takie wyjaśnienia. Lis nie zabierał kilku zwierząt z różnych części lasu. Lis nie sprawiał, że stare tropy urywały się nagle na środku ścieżki. I lis nie zostawiał po sobie ciszy, od której jeżyła się sierść na karku.
Kiedy starsi rozeszli się do swoich legowisk, sfora Zorra nie wróciła od razu na nocny odpoczynek. Siedzieli jeszcze chwilę w milczeniu, słuchając szelestu liści i odległego pohukiwania sowy.
Haro prychnął cicho, lecz nawet on nie próbował rozładować napięcia.
O świcie ruszyli w stronę polany, na której króliki zwykle zostawiały swoje ślady. Trawa była przygnieciona w dziwnych miejscach, jakby ktoś albo coś przeszło tamtędy w pośpiechu. W błocie odbiło się kilka odcisków łap, zbyt płytkich i zbyt rozciągniętych, by należeć do zwierzęcia, jakie Zorro znał. Pomiędzy źdźbłami leżały rozrzucone pióra Piny, wilgotne od rosy.
Yuki schyliła się pierwsza.
Wskazała na ziemię obok rozkopanego korzenia. Zorro pochylił się bliżej. W błocie coś błysnęło czernią, jakby kawałek wypalonej sierści albo spalonej skóry, zbyt gładki, by należeć do zwierzęcia z Eldaru.
Lira przełknęła ślinę.
Przez resztę dnia szli tropem urywających się znaków. Co kilka kroków znajdowali coś nowego: strzęp mchu przyklejony do kamienia, pióro wbite w korę, gałąź złamaną na wysokości, która nie pasowała ani do królika, ani do lisa. Im głębiej wchodzili między drzewa, tym ciszej robił się las. Nawet ptaki milkły, gdy przechodzili.
Pod wieczór dotarli do starej, opuszczonej nory ukrytej w zboczu pod splątanymi korzeniami. Wejście zasłaniały mokre paprocie. Zorro poczuł chłód, który wypływał z ciemności jak oddech.
W środku panowała wilgoć i duszny zapach ziemi. Na ścianach wisiały resztki pajęczyn, a na środku, dokładnie tam, gdzie padł ich pierwszy promień światła, leżał krąg z patyków. Wewnątrz ktoś wygryzł w drewnie znaki, cienkie i poszarpane, jak ostrzeżenie albo obietnicę.
Yuki zbliżyła nos do run.
Wtedy usłyszeli szmer. Ledwie słyszalny, ale zbyt regularny, by mógł być tylko ruchem wiatru. Zorro zastygł. Haro cofnął się o krok. Lira odwróciła głowę tak gwałtownie, że aż uderzyła bokiem o ścianę nory.
A potem, z najgłębszego mroku, otworzyły się dwa zielone oczy.