Skarb spod Starego Dębu

W Szumiącym Lesie Rudo i jego przyjaciele odkrywają pod korzeniami Starego Dębu zagadkę, której nie da się rozwiązać za dnia. Noc przynosi coś jeszcze bardziej niezwykłego.

W samym sercu Szumiącego Lasu, tam, gdzie poranne światło wpadało przez liście jak złote nitki, mieszkała paczka przyjaciół, która rzadko potrafiła usiedzieć w miejscu. Był wśród nich lis Rudo, zawsze pierwszy do wyprawy; wiewiórka Sara, szybka, czujna i ciekawska; sowa Baltazar, który lubił patrzeć na świat z góry i myśleć o rzeczach większych niż reszta; oraz jeżyk Pikuś, mały, okrągły i wiecznie gotowy rozśmieszyć wszystkich swoim zaskoczonym nosem. Razem włóczyli się po lesie, wyszukiwali najdorodniejsze jagody, słuchali opowieści starego bobra Feliksa i znali ścieżki, których nie widział nikt poza nimi.

Tego popołudnia powietrze było ciężkie od zapachu mokrej ziemi. Rudo biegł przodem, skacząc przez korzenie, aż nagle przystanął tak gwałtownie, że prawie przewrócił się na mchu. Coś połyskiwało tuż przy pniu Starego Dębu, najstarszego drzewa w całym lesie. Nie gałąź. Nie kamień. Metal.

Rudo pochylił się bliżej i odsunął łapą warstwę liści. Pod szerokim korzeniem tkwiła okrągła pokrywka, zardzewiała, chłodna i tak idealnie wpasowana w ziemię, jakby ktoś ukrył ją tam celowo. Lis dotknął jej czubkiem łapy. Pokrywka nawet nie drgnęła, ale spod niej dobiegł cichy, pusty odgłos.

— Chodźcie szybko! — zawołał.

Sara zjawiła się pierwsza. Otarła nos o korę i aż zapiszczała z ekscytacji.

— To nie jest zwykła pokrywka. To wygląda jak wejście do czegoś ukrytego.

Baltazar sfrunął z niskiej gałęzi i przysiadł obok, mrużąc oczy.

— Albo jak stara skrytka. Może bardzo stara. Może starsza niż sam dąb.

Pikuś podszedł ostrożnie, obejrzał znalezisko z bliska i kichnął z wrażenia.

— A jeśli pod spodem ktoś mieszka? — szepnął.

To jedno pytanie sprawiło, że wszyscy zamilkli.

Przez chwilę słychać było tylko szelest liści i dalekie stukanie dzięcioła. Na pokrywce widniały wyblakłe znaki, których nikt z nich nie umiał odczytać. Sara próbowała zahaczyć ją pazurkiem, Rudo podważał patyczkiem, Baltazar szukał w mchu czegoś, co mogłoby przypominać zamek, a Pikuś turlał kamyki, jakby w którymś z nich miała się kryć odpowiedź. Pokrywka jednak tylko skrzypiała, lecz ani trochę nie ustępowała.

Kiedy słońce zaczęło chować się za gęstymi koronami drzew, przyjaciele wciąż siedzieli przy pniu, cali umazani ziemią i pajęczynami. W końcu udali się do chatki Feliksa nad potokiem. Stary bóbr wysłuchał ich uważnie, nie przerywając ani słowem, a potem tylko zmrużył oczy.

— Pod Starym Dębem — mruknął — nie wszystko otwiera się wtedy, gdy ktoś tego chce.

— A kiedy? — spytał Rudo.

Feliks nie odpowiedział. Zamiast tego wskazał pyską na niebo, gdzie nadchodził wieczór, ciężki i ciemnoniebieski.

Zwierzęta wróciły pod dąb, gdy las pogrążył się w ciszy. Księżyc wisiał nisko między gałęziami, a cień drzewa wydawał się dłuższy niż zwykle. Rudo stanął przy pokrywce pierwszy, ale tym razem nawet nie próbował jej dotykać. Wszyscy czuli, że coś się zmieniło.

Najpierw usłyszeli ledwie słyszalny szelest. Potem drugi, bliżej. Sara napięła ogon. Pikuś skulił się przy korzeniu. Baltazar odwrócił głowę tak gwałtownie, że aż zahuczały mu skrzydła.

Spomiędzy krzaków wypłynęło żółtawe światło. Nie jedno. Dwoje oczu. Potem kolejne.

Świeciły nieruchomo w mroku i zbliżały się prosto do pokrywki pod Starym Dębem, a gdy księżyc wysunął się zza chmury, z ciemności wyłoniły się...