Skarpetkowa inwazja w Szkole Podstawowej nr 13

W szkolnej szatni zaczynają znikać skarpetki, a w ich miejscu pojawiają się te, które same chodzą, szepczą i mają własne plany.

W Szkole Podstawowej nr 13 nawet zwykły poniedziałek potrafił skręcić w stronę kompletnego zamieszania. Nauczyciele śmiali się tu częściej, niż wypadało, uczniowie wymyślali psoty szybciej, niż dyżurni zdążyli wyjąć gwizdek, a na czele szkolnej legendy stała paczka czworga przyjaciół: Bartek, który przysięgał, że jego palec wskazujący przyciąga zgubione rzeczy; Anka, królową dowcipów z gumowym kurczakiem w kieszeni; Julek, noszący w plecaku zawsze tyle kanapek, jakby szkoła mogła nagle zamienić się w pustynię; i Nina, która potrafiła przedrzeźnić każdego nauczyciela tak, że nawet pani od polskiego musiała ukrywać uśmiech.

Tego ranka Bartek wpadł do szatni jak burza, bo gdzieś przepadł jego drugi adidas. Przewrócił torbę do góry nogami, zajrzał pod ławkę, za wieszaki, pod cudze kurtki, a potem nagle zamarł. Z pomiędzy butów wysunęła się skarpetka w niebieskie paski. Nie leżała. Nie stoczyła się. Ona… szła. Małymi, pewnymi krokami przemaszerowała przez szatnię, skręciła przy ławce i zniknęła pod drzwiami, jakby wiedziała dokładnie, dokąd zmierza.

— Widzieliście to? — Bartek aż pisnął z wrażenia.

Zanim ktokolwiek zdążył odpowiedzieć, spod kaloryfera wyjechała druga skarpetka, tym razem w czerwone grochy. Podskoczyła dwa razy, obróciła się z godnością i ruszyła w stronę szafek. Po chwili dołączyła do niej zielona, w gwiazdki, a za nią żółta w banany. W szatni zrobiło się tak tłoczno od żywych skarpetek, że Julek cofnął się o krok i niemal upuścił kanapkę.

— To nie jest normalne nawet jak na naszą szkołę — mruknęła Nina.

— A może to nowy trend? — Julek przełknął kęs i zmrużył oczy. — Moda na skarpetkowe maszerowanie.

Wtedy z kąta dobiegł ich cieniutki szept:

— Ciiicho. Jak nas usłyszą, będzie po wszystkim.

Bartek odwrócił się tak szybko, że aż zahaczył o ławkę. Na półce siedziała skarpetka w żółte banany. Poruszała się nerwowo, jakby zaraz miała zsunąć się na podłogę i uciec. Nim ktokolwiek zdążył zapytać, co tu się dzieje, drzwi szatni skrzypnęły.

Do środka wszedł woźny pan Edward, który wyczuwał szkolne psoty szybciej niż psy kiełbasę z obiadu. Skarpetki natychmiast znieruchomiały. Wszystkie. Jedna tylko, czerwona w jednorożce, wspięła się po rękawie kurtki Niny i szepnęła prosto do jej ucha:

— Musicie nam pomóc, bo inaczej...

Pan Edward uniósł wzrok. Jego spojrzenie prześlizgnęło się po dzieciach, po ławkach, po zbyt cichych szafkach. W szatni zapadła taka cisza, że słychać było tylko przyspieszony oddech paczki i ledwie słyszalne chrobotanie spod podłogi.