Kuba i Ania odkrywają, że w ich szkole znikają skarpetki. Zamiast panikować, zaczynają śledztwo, które szybko robi się dziwniejsze, niż ktokolwiek przypuszczał.
Kuba siedział na ławce w szatni i udawał człowieka, który nad czymś głęboko rozmyśla. W rzeczywistości rozmyślał tylko o jednej rzeczy: gdzie, u licha, zniknęła jego prawa skarpetka. Ta w czerwone paski. Ta ulubiona. Ta, która jeszcze rano była na jego nodze, a teraz jakby zapadła się pod ziemię.
Ania, jego najlepsza kumpelka, oparła się o szafkę i spojrzała na niego z rozbawieniem.
Kuba, jeśli to ma być dramat, to bardzo mały - powiedziała. - Masz jedną skarpetkę. Druga pewnie prowadzi własne życie.
To nie jest śmieszne - mruknął Kuba. - To już czwarta skarpetka w tym tygodniu. Cztery! Jutro będę chodził do szkoły w tak różnych, że nawet pani Jola dostanie oczopląsu.
Ania zmrużyła oczy, jakby właśnie wpadła na coś niepokojącego.
Kuba uniósł głowę.
Kto miałby kraść skarpetki?
No właśnie - powiedziała Ania z miną człowieka, który lubi takie pytania. - I to jest najgorsze.
Zanim Kuba zdążył odpowiedzieć, do szatni wpadł Filip z 5B. Próbował iść szybko, ale nie bardzo mu to wychodziło, bo miał na sobie tylko jeden but. Drugi trzymał w ręce, a z jego środka zwisało coś paskowanego i pomiętolonego.
Filip zatrzymał się przy ławce i westchnął tak ciężko, jakby dźwigał cały tornister świata.
Ktoś wsadził mi skarpetkę do kanapki - oznajmił z oburzeniem.
Do kanapki? - powtórzył Kuba.
Tak! I nie było to wcale dobre połączenie.
Ania pochyliła się nad buciorem Filipa, jakby oglądała niezwykle podejrzany eksponat.
Kuba poczuł, że serce bije mu szybciej. Nagle z szatni zrobiło się dziwnie cicho. Nawet wieszaki zdawały się wisieć spokojniej niż zwykle.
I wtedy skrzypnęły drzwi.
Do środka wszedł pan Leszek, woźny, z miną tak tajemniczą, jakby właśnie pilnował sekretu większego niż cały szkolny dziennik. Pod fartuchem coś mu wyraźnie odstawało. Kolorowy brzeg materiału. Skarpetka. Ale nie taka zwykła. Na samej górze błyszczał czerwony napis: "Nie dotykać! Grozi rechotem!"
Pan Leszek spojrzał na dzieci, potem na podłogę, a potem jeszcze raz na nie.
Zanim ktokolwiek zdążył się odezwać, po szkolnym kafelku przemknęły dwie małe, kolorowe stópki. Same. Bez nóg. Bez właściciela.
I zatrzymały się dokładnie przed ich ławką.