Piętnastoletnia Lira i Edek wchodzą do starego lasu za Elendorem. Wśród zarośli trafiają na srebrne lustro, które przenosi ich do Doliny Cieni i stawia przed smokiem.
Lira od dawna podejrzewała, że las na skraju Elendoru nie kończy się tam, gdzie kończy się ścieżka. Za dnia wyglądał zwyczajnie, ale po zmierzchu nabierał innego ciężaru, jakby coś w nim czuwało i tylko czekało, aż ktoś zrobi krok dalej. Dorośli mówili, żeby tam nie chodzić. Lira właśnie dlatego nie umiała przestać o nim myśleć.
Tego popołudnia zabrała ze sobą Edka. Oboje znali zarośniętą drogę, która dawno zniknęła pod mchami i splątanymi korzeniami, ale nikt z wioski nie miał odwagi iść nią dalej niż kilka kroków. Im głębiej wchodzili między drzewa, tym ciszej robił się świat. Nawet ptaki milkły, a wilgotne powietrze osiadało na skórze chłodem, który nie pasował do późnego lata.
– Czujesz to? – szepnął Edek, rozglądając się nerwowo.
Lira skinęła głową. Coś było nie tak. Światło przefiltrowane przez gałęzie stawało się blade, prawie srebrne, a pnie drzew wyginały się nienaturalnie, jakby omijały coś ukrytego w samym środku lasu.
W końcu wyszli na polanę.
Na jej środku stało lustro wysokie na dwa ludzkie wzrosty, osadzone w marmurowej ramie porośniętej cienkimi, czarnymi pnączami. Nie odbijało trawy ani nieba tak, jak powinno. W jego powierzchni migotały ruchome cienie, a pomiędzy nimi przelatywały obce błyski, jak odległe pioruny za mgłą. Lira zobaczyła własną twarz, po chwili twarz Edka, a zaraz potem coś jeszcze, czego nie potrafiła nazwać.
– To nie jest zwykłe lustro – powiedział Edek, ale w jego głosie nie było już pewności, tylko ostrożność.
Lira zrobiła krok bliżej. Zamiast strachu poczuła narastające napięcie, to dziwne drżenie, które pojawia się tuż przed czymś nieodwracalnym. Gdy wyciągnęła rękę, powierzchnia lustra ugięła się pod jej palcami jak zimna woda.
W tej samej chwili polana eksplodowała światłem.
Lira zdążyła tylko chwycić oddech, a potem wszystko wokół się rozpadło: las, ziemia, głosy, powietrze. Spadali przez migotliwą ciemność, aż nagle stanęli na twardym gruncie, pośrodku miejsca, które wyglądało jak sen, w którym ktoś pomylił kolory świata.
Drzewa miały tu fioletowe korony, a między ich konarami szybowały świetliste ptaki z długimi, płonącymi ogonami. Nad doliną unosiła się srebrna mgła, a każdy oddech smakował chłodem kamienia. Lira ledwie zdążyła rozejrzeć się dookoła, gdy ziemia pod jej stopami zadrżała.
Z mgły wynurzył się smok.
Był ogromny, a jego łuski mieniły się jak oszlifowane kryształy. Gdy poruszył skrzydłem, powietrze zasyczało. Jego oczy, stare i czujne, zatrzymały się najpierw na Lirze, potem na Edku, jakby oceniały ich szybciej, niż oni mogli pojąć.
– Witajcie w Dolinie Cieni – odezwał się głosem głębokim jak burza daleko za górami. – Weszliście tutaj, więc nie wrócicie już tacy sami. A jeśli chcecie wyjść, musicie najpierw wybrać.
Lira poczuła, jak Edek odruchowo cofa się o pół kroku. Smok nie spuszczał z nich wzroku. Za jego plecami mgła zaczęła się poruszać, jakby coś jeszcze czekało w ciemności.