Stacja Dzień i Noc

Na międzygwiezdnej stacji grupa nastolatków odbiera sygnał z głębokiego kosmosu. Gdy próbują go zbadać, stacja odpowiada czymś, czego nie da się zignorować.

Wieczna noc na zewnętrznym pierścieniu Stacji Dzień i Noc miała w sobie coś niepokojącego, nawet dla tych, którzy spędzili tu już kilka miesięcy. Przez panoramiczne okna widać było gęstwinę gwiazd, zbyt jasnych i zbyt bliskich, jakby kosmos nachylał się nad stacją i zaglądał do środka.

Alex, siedemnastolatek na trzecim miesiącu praktyk, nie odrywał wzroku od konsoli komunikacyjnej. Ekrany rzucały na jego twarz chłodne światło, a w głowie zamiast danych krążyła jedna uporczywa myśl: ile jeszcze dni zostało do powrotu na Ziemię. W stacji, w której większość załogi stanowili uczniowie i stażyści z całego Układu Słonecznego, wszystko powinno być przewidywalne. Zamiast tego od kilku nocy coś zakłócało spokój pierścienia.

Elara, siedemnastoletnia Marsjanka, opierała się o blat i stukała palcami w rytm, którego sama nie zauważała. Za szybą czerniło się ogromne pasmo cienia rzucanego przez Jowisza. Julian, najstarszy z nich, siedział obok z odtwarzaczem muzyki w uszach; sztuczne odgłosy lasu miały zagłuszyć metaliczny chłód podłogi i szum wentylacji. Każde z nich przyszło tu po coś więcej niż rutynę. Teraz jednak rutyna zaczynała przypominać zamknięcie.

Trzask głośnika przeciął ciszę tak nagle, że Elara wyprostowała się od razu.

— Znowu to samo? — spytała.

Alex przesunął palcem po wykresie. Seria krótkich impulsów pojawiła się znowu, równa i uporczywa, jakby ktoś uparcie pukał do śluzy z drugiej strony próżni. Sygnał nadchodził z głębokiego kosmosu, spoza znanych sektorów, i wracał co noc, za każdym razem odrobinę inaczej.

— To nie wygląda jak awaria sondy — mruknął Julian, pochylając się nad ekranem.

— Bo nie jest awarią — odpowiedział Alex, ciszej, niż planował. — Zobacz. Każda sekwencja zmienia się po naszym przejściu przy konsoli. Jakby… reagowała.

Elara spojrzała na niego uważnie, bez zwykłej ironii.

— Czyli co? Ktoś nas obserwuje?

Nikt nie odpowiedział. W głównej sali komunikacyjnej nagle zrobiło się zbyt cicho, jakby stacja wstrzymała oddech. Potem światła na panelach zamigotały raz, drugi, a z zewnątrz dobiegł głuchy, metaliczny wstrząs. Coś otarło się o kadłub tak blisko, że pod stopami poczuli drżenie konstrukcji.

Automatyczne grodzie opadły z hukiem, odcinając zewnętrzny pierścień od reszty stacji. Na korytarzach zapłonęły czerwone lampy awaryjne. Przez głośniki popłynął zniekształcony głos, bardziej szmer niż słowa, a na ekranach zaczęły pojawiać się obce znaki, których żaden z nich nie potrafił odczytać.

Alex poczuł, jak lodowaty dreszcz przechodzi mu po plecach.

— To nie jest tylko sygnał — wyszeptał. — On już tu jest.

Wtedy w głównym oknie pojawił się cień tak wielki, że zasłonił gwiazdy.