Strażnicy Głębokiego Lasu

Trójka nastolatków wchodzi do Głębokiego Lasu, gdzie czas się plącze, a z mroku zaczyna do nich mówić coś, czego nie powinno tam być.

Nad Brzezinowem zapadła noc tak cicha, że nawet własny oddech wydawał się zbyt głośny. Księżyc wisiał nisko nad domami i kładł srebro na ścieżce prowadzącej w stronę Głębokiego Lasu. Natalia szła pierwsza, z dłonią zaciśniętą na pasku plecaka. Za nią stąpał Maks, a Igor co chwila odwracał się przez ramię, jakby spodziewał się, że ktoś ich śledzi.

O lasach w ich domach mówiło się półgłosem. O światłach pojawiających się między drzewami bez żadnego źródła. O przedmiotach, które znikały z progu i wracały dopiero po wielu dniach. O imionach wypowiadanych z ciemności dokładnie wtedy, gdy nikt nie powinien ich znać. Dorośli z Brzezinowa udawali, że to tylko stare gadanie. Tylko że tej nocy żadne z nich nie miało już ochoty wracać do tego, co uznawali za zwykłe.

To Natalia znalazła ślad. Na skraju lasu, tuż przy przewróconym pniu, błysnęło coś pod korzeniami. Nie był to kamień ani szkło. Wyciągnęła rękę i poczuła pod palcami zimny metalowy krążek z wyrytą spiralą.

„To nie jest z naszego miasteczka” — szepnęła.

Maks pochylił się nad nią. „Nikt przy zdrowych zmysłach nie gubi czegoś takiego w środku nocy.”

Igor prychnął cicho, ale jego głos zabrzmiał mniej pewnie niż zwykle. „To może po prostu ktoś zgubił.”

Wtedy z głębi lasu dobiegł ich dźwięk, który nie pasował do żadnego znanego miejsca: niski, drżący pomruk, jakby ziemia poruszyła się pod korzeniami. Chwila później Natalia spojrzała na nadgarstek i zamarła. Zegarek, jeszcze przed sekundą świecący bladym ekranem, wskazywał tylko ciemność.

„Mój stanął” — powiedziała.

Maks sprawdził swój telefon. Ekran rozbłysnął na moment, po czym zgasł. Igor wyciągnął swój, ale nie zdążył nawet odblokować.

Z lasu popłynął szept. Cichy, lepki, niemal czuły.

Igor pobladł. „Słyszeliście to?”

„Nie ruszaj się” — syknęła Natalia, choć sama czuła, jak serce wali jej w gardle.

Szept wrócił. Tym razem bliżej. Pomiędzy pniami przemknęła smuga zielonego światła, tak czysta i obca, że Maks odruchowo cofnął się o krok. Blask nie migotał jak latarka. Pulsował, jakby coś oddychało głęboko w ciemności.

„Tam” — powiedział Igor, wskazując drżącą ręką.

Nie powinni iść dalej. Wiedzieli to wszyscy troje. A jednak coś w tym świetle przyciągało ich mocniej niż strach. Ruszyli między drzewa, uważając, by nie nadepnąć na gałęzie. Las zgęstniał wokół nich natychmiast, jakby za ich plecami zamknęły się niewidzialne drzwi. Mchy tłumiły kroki, gałęzie ocierały się o ramiona, a powietrze stawało się coraz chłodniejsze.

Po kilku minutach dotarli na polanę, której nikt z Brzezinowa nie opisałby tak samo dwa razy. W samym środku stał kamienny krąg. Wielkie płyty były pokryte starymi runami, a między nimi sączyło się to samo szmaragdowe światło, które prowadziło ich przez las. Natalia zrobiła jeszcze krok i wtedy ziemia pod jej stopą drgnęła.

Kamienie zaskrzypiały.

Z wnętrza kręgu dobiegł głuchy trzask, jakby coś ogromnego poruszyło się pod ziemią. Pęknięcie przecięło środek polany, a z rozchylonej szczeliny wyłoniły się spiralne schody, ciemne i wilgotne, prowadzące w dół.

Natalia odruchowo chwyciła Maksa za rękaw. Chciała powiedzieć, że wracają. Że to głupi pomysł. Że już wystarczy. Ale zanim zdążyła otworzyć usta, z głębi schodów popłynął wyraźny głos, tak bliski, jakby ktoś stał tuż za ich plecami:

„Strażnicy powrócili. Czas się kończy. Wejdźcie albo odejdźcie... na zawsze.”

Maks spojrzał na pozostałych, a potem zrobił pierwszy krok w dół.
W tej samej chwili las za ich plecami wydał z siebie niski, przeciągły huk, jakby coś ogromnego właśnie otworzyło oczy.