Strażnicy Mgielnych Wzgórz

Dwunastoletnia Malina i jej młodszy brat Tymon znajdują w lesie tajemniczy kompas. Gdy wskazówka rusza, mgła odsłania ukryte Wzgórza i bramę, której nie powinno tu być.

Malina od dawna podejrzewała, że las za domem nie jest zwyczajnym lasem. O świcie mgła snuła się między pniami jak białe wstążki, a potem znikała tak nagle, jakby coś ją wciągało pod korzenie drzew. Czasem dziewczynka miała wrażenie, że gdy patrzy zbyt długo w gęstwinę, drzewa odsuwają się od siebie odrobinę, jakby robiły miejsce dla kogoś, kto jeszcze nie przyszedł.

Tego chłodnego poranka zabrała ze sobą Tymona. Dziesięciolatek szedł tuż za nią, z rękami w kieszeniach i miną kogoś, kto udaje odwagę, choć wcale nie jest jej pewien.

Cisza w lesie była dziwnie gęsta. Nawet ptaki zamilkły. Tylko mech uginał się miękko pod ich krokami, a krople rosy spadały z gałęzi z cichym, równym stukiem.

Nagle Tymon zatrzymał się tak gwałtownie, że Malina niemal na niego wpadła.

Przykucnął i odgarnął liście. Z ziemi błysnęło coś małego i metalicznego. Chłopiec podniósł przedmiot na dłoni. To był kompas, stary, mosiężny, z wytartą obudową i szklaną szybką popękaną przy brzegu. Wyglądał, jakby leżał tu od setek lat, a jednak był ciepły, jakby dopiero co ktoś go zostawił.

Wskazówka wirowała niespokojnie. Przez chwilę kręciła się w kółko, jak oszalała, po czym nagle szarpnęła się i stanęła prosto na wschód.

Tymon otworzył usta.

Kompas drgnął jeszcze raz, a potem pociągnął ich wzrok w stronę gęstszych zarośli. Malina poczuła, jak po plecach przebiega jej dreszcz. Nie taki z chłodu. Z oczekiwania.

Ruszyli za wskazówką, coraz głębiej, tam gdzie drzewa rosły bliżej siebie, a światło stawało się blade i mleczne. Mgiełka przeciskała się między gałęziami, choć słońce było już wysoko. Kompas ani na chwilę nie przestawał wskazywać drogi.

Po kilku minutach las zadrżał w ciszy. Mgła przed nimi zgęstniała, zakręciła się spiralą i nagle rozstąpiła, jakby ktoś przesunął zasłonę.

Malina zatrzymała się tak gwałtownie, że Tymon wpadł na jej ramię.

Przed nimi wyrastały strome Wzgórza Mgielne. Nie powinno ich tu być. Jeszcze przed chwilą była tylko równa ściana drzew, a teraz wznosiły się przed nimi kamienne zbocza, poszarpane i ciemne, spowite w ruchliwą mgłę.

Na najwyższym ze wzgórz stała ogromna brama z szarego kamienia. Była porośnięta bluszczem tak gęstym, że ledwie widać było jej kształt. Zawiasy miały rozmiar drzewa, a po łuku nad wejściem migotały znaki, których Malina nie umiała odczytać, choć wydawały się dziwnie znajome.

Nie zdążyła odpowiedzieć.

Z mgły po drugiej stronie bramy wyłoniła się postać. Wysoki chłopiec, może trochę starszy od Maliny, miał płaszcz utkany z liści i oczy zielone jak świeżo wypolerowane szkło. Jego spojrzenie było spokojne, ale czujne, jak u kogoś, kto długo czekał w tym samym miejscu.

Uśmiechnął się tylko odrobinę.

Malina ścisnęła kompas tak mocno, że aż zabolała ją dłoń. Tymon zrobił krok w tył, ale brama za ich plecami nie było widać, jakby mgła zdążyła już zamknąć drogę powrotną.

Chłopiec odwrócił głowę w stronę kamiennych wrót.

W tej samej chwili brama drgnęła. Z głębi kamienia dobiegł niski, przeciągły jęk, a szczelina między skrzydłami rozjarzyła się bladoniebieskim światłem, które w jednej chwili rozlało się po mgle jak zimny ogień.