Strażnicy Portalowego Kręgu

Mira, Dawid i Natan wchodzą do opuszczonego obserwatorium i odkrywają krąg, który otwiera przejście do świata, gdzie wszystko wygląda znajomo tylko na pierwszy rzut oka.

Od dwóch lat nikt podobno nie wchodził do starego obserwatorium na wzgórzu nad miasteczkiem. Tak przynajmniej mówili dorośli. Mira nigdy im nie wierzyła. Miejsce miało w sobie coś, co przyciągało mocniej niż południowe upały, mecze na boisku i wszystkie seriale, które Dawid i Natan potrafili oglądać po nocach.

Tego popołudnia wiatr szarpał gałęziami tak mocno, jakby chciał ich zawrócić. Chmury wisiały nisko, a szczyt wzgórza tonął w szarawym półmroku. Gdy wspinali się po kamienistej ścieżce, Mira włączyła latarkę w telefonie i oświetliła zacieki na ceglanej ścianie budynku.

Natan nie odpowiedział. Zatrzymał się przed ciężkimi, zardzewiałymi drzwiami i oparł o nie dłoń. Przez chwilę wszyscy troje słyszeli tylko wiatr i ciche stukanie czegoś w rynnę. Potem Natan nacisnął mocniej.

Drzwi ustąpiły z przeciągłym jękiem.

W środku uderzył ich zapach kurzu, wilgoci i czegoś jeszcze, metalicznego, jak po burzy. Główna sala była wysoka, pęknięta od góry do dołu, a na środku stało stare planetarium, przysypane szarym pyłem. Przez dziurę w suficie wpadał ostatni blask dnia, rozcinając mrok na blade pasy.

Przy lewej ścianie podłoga układała się w krąg z kamieni tak równych, jakby ktoś wcisnął je tam z namysłem, jeden po drugim. Były starte, ale wciąż mieniły się resztkami barw: zielenią, czerwienią, złotem i czymś, czego Mira nie potrafiła nazwać.

Podeszła bliżej. Krąg nie wyglądał jak ozdoba. Bardziej jak znak. Albo ostrzeżenie.

Mira już przykucnęła i musnęła palcem jeden z kamieni.

Światło eksplodowało bez dźwięku.

Po ścianach przebiegły niebieskie smugi, a całe obserwatorium zatrzęsło się jak pod uderzeniem niewidzialnej fali. Dawid cofnął się gwałtownie i chwycił Natana za ramię. Powietrze wypełnił niski, narastający pomruk, taki, od którego bolały zęby.

Pod stopami Miry kamienie rozżarzyły się coraz mocniej. Podłoga zaczęła falować, jakby była cienką skórą naciągniętą nad wodą. Dziewczyna próbowała cofnąć dłoń, ale poczuła na skórze ostre mrowienie, które wspięło się aż do łokcia. Przez ułamek sekundy zobaczyła coś po drugiej stronie kręgu: szerokie doliny, drzewa wykręcone w nienaturalne kształty i ruchome cienie, które obserwowały ich z oddali.

Nie zdążyła.

Sufit rozlał się nad nimi jak mokra farba, świat zawirował, a z głębi drgającego powietrza dobiegł głos, obcy i spokojny zarazem:

Potem wszystko urwało się nagle.

Gdy Mira otworzyła oczy, leżała na miękkim, chłodnym mchu o błękitnym połysku. Nad nią nie było już pękniętego sufitu ani ciemniejącego nieba nad wzgórzem. Zamiast tego rozciągał się las, który migał własnym światłem. Wśród pni latały drobne, fluorescencyjne owady, zostawiając za sobą zielonkawe smugi.

Obok poruszył się Dawid. Natan poderwał się pierwszy, blady i zdezorientowany.

Mira już miała odpowiedzieć, kiedy z gęstwiny przed nimi wysunęła się postać w ciemnym płaszczu. Miała srebrne oczy, zbyt jasne, by należeć do człowieka. Zatrzymała się tylko na moment.