W zaczarowanym Lesie Fiołkowych Cieni Lena, Emil i Pola odnajdują srebrzysty liść i ślady dawnych stworzeń. Gdy las budzi się do życia, z pnia starego dębu odzywa się głos, który zna ich imiona.
Las Fiołkowych Cieni ciągnął się aż po horyzont, przesłonięty mgłą pachnącą miodowymi ciastkami i wilgotnym mchem. Dorośli z miasteczka Niebieszczany omijali go szerokim łukiem, jakby był tylko zwykłym, trochę zbyt ciemnym lasem. Dla Leny, Emila i ich kuzynki Poli był czymś znacznie większym. Miejscem, w którym za każdym zakrętem mogło czekać coś niemożliwego.
Spotkali się u końca ulicy Wycieraczek, kiedy niebo robiło się granatowe, a pierwsze gwiazdy zaczynały migotać między gałęziami. Mieli wypatrywać sów, ale Pola przyszła spóźniona i od razu wyjęła z kieszeni coś, co sprawiło, że Lena aż wstrzymała oddech.
To był liść. Srebrzysty, lekki jak papier i tak jasny, jakby ukryto w nim kawałek księżyca.
— Znalazłam go pod starym dębem nad rzeką — szepnęła Pola. — I nie gaśnie. Ani trochę.
Emil przejął liść ostrożnie, jakby bał się, że ten zaraz zniknie albo parzy.
— Widzicie te drobne kreski? — mruknął. — Jakby ktoś coś na nim zapisał.
Lena pochyliła się bliżej. Na połyskującej powierzchni rzeczywiście migotały cienkie znaki, pojawiające się i znikające, gdy liść poruszał się w powietrzu.
— Myślicie, że w tym lesie naprawdę mieszkają smoki? — zapytała cicho.
Emil uniósł wzrok w stronę ciemniejących drzew. Nad koronami przesunął się szary dymek, krótki i wąski jak oddech czegoś ukrytego.
— Jeśli nie smoki, to coś, co umie tak wyglądać — odpowiedział.
W tej samej chwili w gęstwinie zaszeleściły liście. Nie tak, jak porusza je wiatr. Ten dźwięk był zbyt równy, zbyt ostrożny. Dzieci zamarły.
Poszły dalej, powoli, w stronę starego dębu. Kora drzewa była popękana i posrebrzona od mchu, a jego korzenie wystawały z ziemi jak kamienne palce. Kiedy Pola podniosła liść wyżej, srebrne światło przesunęło się po pniu. Na moment między gałęziami zamigotały zielone błyski, jak małe oczy.
Potem powiał lodowaty wiatr.
Lena odruchowo ścisnęła rękaw Emilowi. Pod ich stopami coś lekko drgnęło, jakby ziemia westchnęła. A zaraz obok buta Poli spadła z gałęzi ogromna smocza łuska, wielka jak talerz, ciemna i połyskująca od niebieskich refleksów.
Pola odskoczyła.
Liść w jej dłoni rozjarzył się tak mocno, że oświetlił cały pień.
I wtedy z wnętrza drzewa dobiegł niski, spokojny głos:
— Kto śmiał mnie obudzić?