Strażnicy Wyobraźni

Zwykła noc w internacie przy liceum Dębowe Wzgórze pęka jak cienka szyba. Czwórka przyjaciół trafia na korytarz, który nie powinien istnieć, i słyszy szept, który zna ich imiona.

Gdyby ktoś zapytał Miłosza, co w internacie przy liceum Dębowe Wzgórze jest najbardziej niezwykłe, odpowiedziałby bez namysłu: to, że potrafi usypiać człowieka za życia. Stary budynek skrzypiał, pachniał przegrzanym kurzem i obiadem, którego nikt nie chciał wspominać po kolacji. Wieczory płynęły tam wolno, ciężko, jakby ktoś rozciągnął je do granic cierpliwości. To była zwyczajna noc. Do chwili, gdy przestała być zwyczajna.

Miłosz siedział na podłodze w sali rekreacyjnej z Leną, Bartkiem i Agatą. Planszówka zajmowała połowę dywanu, druga połowa należała do kubków po herbacie i do ciszy, która od czasu do czasu pękała śmiechem. Lena, jak zawsze, przyniosła małą świeczkę schowaną w kieszeni bluzy. Mówiła, że daje klimat. Bartek twierdził, że to głupi pomysł. Agata uważała, że w internacie i tak nie ma już czego psuć.

Wtedy przez salę przeciągnął się nagły podmuch zimnego powietrza.

Płomień świeczki skurczył się, przygasł, po czym wystrzelił w bok, rzucając po ścianach nerwowe cienie. Drzwi prowadzące na korytarz otworzyły się z cichym skrzypnięciem, choć nikt ich nie dotykał.

—Czuliście to? — zapytała Agata, prostując się gwałtownie.

Nikt nie odpowiedział od razu. Z korytarza napłynęła ciemność, ale nie taka zwykła, szkolna ciemność po zgaszeniu świateł. Ta wyglądała, jakby miała ciężar. Jakby podpełzała po podłodze.

Bartek wstał pierwszy. Nie dlatego, że był najodważniejszy. Raczej dlatego, że nie znosił, kiedy coś go zaskakiwało.

Podszedł do drzwi i odsunął je szerzej.

Za nimi nie było dobrze znanego korytarza z obdrapanymi ścianami i migającą jarzeniówką. Zamiast niego rozciągało się coś, co od razu sprawiło, że Miłoszowi zaschło w gardle. Ściany połyskiwały metalicznie, jakby były mokre od księżyca. Z sufitu zwisały drobne światła, nieruchome i jasne, jak odwrócone gwiazdy. Podłoga falowała lekko pod samym spojrzeniem, jak powierzchnia wody, której nikt nie odważył się dotknąć.

—To nie może być prawda — wyszeptała Lena.

Miłosz zrobił krok naprzód, choć każdy nerw kazał mu cofnąć się o dwa. Korytarz ciągnął się dalej, niż powinien. Po obu stronach pojawiały się drzwi, których nigdy wcześniej nie widzieli: wysokie, wąskie, ciężkie, jedne z matowego szkła, inne z ciemnego drewna. Na jednej wisiała tabliczka, równo przybita i zbyt nowa jak na ten budynek: „Pokój Zmieniających się Snów”.

Agata przełknęła ślinę i już miała wejść do środka, gdy Bartek chwycił ją za nadgarstek.

W tym samym momencie zza najbliższych drzwi dobiegł ich szept. Najpierw pojedynczy, ledwo słyszalny, potem drugi, trzeci, aż w końcu cały korytarz zdawał się oddychać jednym głosem.

—Czekamy na was...

Światło w sali rekreacyjnej przygasło tak nagle, że wszyscy odwrócili się jednocześnie. Cienie podskoczyły po ścianach i zaczęły wirować, jakby coś po drugiej stronie próbowało wydostać się na zewnątrz. Podłoga pod stopami Miłosza zadrżała.

Lena położyła dłoń na klamce.

Drzwi ustąpiły z cichym kliknięciem, a z ciemności napłynął chłód, który nie miał prawa istnieć w internacie przy liceum Dębowe Wzgórze.