Pewnej nocy Klub Rozbrykanych Emerytów rusza po najlepsze pączki w mieście. Problem w tym, że nie są jedynymi łowcami nocnych łupów.
Noc była łagodna, a miasto błyszczało jak świeżo wypolerowany garnek. W parku, na ławce zaskakująco wolnej od gołębi i cudzych spraw, zebrał się Klub Rozbrykanych Emerytów. Na jego czele siedziała pani Jadwiga, kobieta, która w dzieciństwie chciała latać po trapezie, a teraz z podobną determinacją traktowała wózek na zakupy.
Po jej lewej pan Marian, mistrz sudoku i człowiek, który na rolkach poruszał się z niepokojącą lekkością, twierdził, że tej nocy wydarzy się coś, o czym będą mówić jeszcze przez miesiące. Pani Zosia ściskała kijki do nordic walkingu tak, jakby były narzędziem dyplomacji albo przynajmniej porządnego nacisku. Pan Bogdan, samozwańczy specjalista od psikusów, miał w kieszeniach więcej drobnych tajemnic niż reszta grupy razem wzięta.
Nie przyszli tu na spacer. Od tygodnia obserwowali supermarket „Nocny Rarytas”, otwarty przez całą dobę i kuszący jak zakazany deser po północy. Plotka była prosta: w każdy czwartek dokładnie o dwunastej zjeżdżała tam dostawa pączków, które znikały szybciej niż cierpliwość przy rodzinnym obiedzie. A teraz jeszcze pojawiło się Stowarzyszenie Młodych (duchem) Seniorów, które od kilku nocy wyprzedzało ich przy półkach o całe sekundy. W wojnie o pączki sekundy miały wartość złota.
Ruszyły przygotowania. Marian nasmarował rolki tak cicho, jakby chciał prześlizgnąć się przez samo sumienie ochroniarza. Zosia sprawdziła końcówki kijków, Bogdan przetestował woreczki na łup, które miały nie szeleścić nawet przy gwałtownym zwycięstwie. Granatowe i fioletowe kamizelki zniknęły pod płaszczami - podobno właśnie takie kolory najgorzej wychodzą na monitoringu, choć nikt nie potrafił tego udowodnić.
Gdy zegar na ratuszu wybił północ, czwórka wsunęła się do środka przez automatyczne drzwi, które otworzyły się z przesadną grzecznością. Między regałami pachniało pieczywem, chłodem lodówek i kłopotami. Z działu ogórków dobiegł ich cichy szelest, potem jeszcze jeden, a zaraz po nim krótki, metaliczny stukot.
Marian znieruchomiał. Zosia przechyliła głowę. Bogdan przestał żartować, co samo w sobie było alarmujące.
W tej samej chwili z ciemniejszego końca alejki dobiegł ich znajomy, zbyt pewny siebie głos i trzask otwieranego kartonu. Ktoś inny był już przy dziale piekarniczym. Ktoś, kto najwyraźniej wiedział o pączkach więcej, niż powinien.