Antek i Lena odkrywają w swojej kamienicy złoty blask, który nocą prowadzi ich w stronę zamkniętej piwnicy.
Antek uważał, że kamienica przy ulicy Jasnej jest dokładnie tak ciekawa jak poniedziałkowa lekcja matematyki: szara, przewidywalna i odrobinę za cicha. Wieczorami schodził więc na klatkę schodową, żeby pobyć sam, posłuchać miasta za oknami i zgasić w głowie wszystko, co nie dawało spokoju. Tego dnia znowu usiadł na zimnym parapecie między drugim a trzecim piętrem, kiedy za plecami usłyszał lekkie kroki.
To była Lena z trzeciego piętra, nowa sąsiadka. Miała rude włosy, które wyglądały, jakby zawsze łapały ostatnie światło dnia, i spojrzenie kogoś, kto zbyt szybko orientuje się, kiedy coś nie pasuje. Nie powiedziała nic. Tylko przystanęła obok i spojrzała na ścianę naprzeciwko windy.
Antek już miał zapytać, o co chodzi, gdy na starym tynku drgnął złoty błysk. Nie był to odblask z ulicy ani światło z mieszkania. Rozlał się po ścianie powoli, jakby ktoś pod spodem rozgrzewał cienką linię światła palcem. Żarówka nad windą od dawna nie działała, a jednak klatka rozjaśniła się na moment ciepłym, drżącym blaskiem.
"Widzisz to?" szepnęła Lena.
Antek skinął głową. Światło przesunęło się o kilka stopni niżej, po betonowych schodach, i nagle zaczęło układać się w coś więcej niż przypadkowy refleks. Wzdłuż poręczy mignęły znaki albo litery, zbyt szybkie, by je odczytać. Potem blask wyraźnie zawahał się przy drzwi do piwnicy, tych samych, których od lat nikt nie otwierał bez powodu.
Lena chwyciła go za rękaw.
"Chodź" - powiedziała, choć w jej głosie było więcej napięcia niż pewności.
Antek poczuł, jak w gardle rośnie mu suchy lęk, ale nie cofnął się. Razem podeszli do drzwi. Z zamka sączyła się cienka smuga tego samego złotego światła, jakby ktoś właśnie stał po drugiej stronie i czekał, aż je znajdą. Gdy Lena dotknęła klamki, coś cicho odpowiedziało z ciemności.