Światło zza drzwi

Czworo nastolatków wchodzi nocą do opuszczonego liceum, gdzie krążą plotki o tajemniczym świetle na drugim piętrze. To, co znajduje się za zamkniętymi drzwiami, zmienia ich wyprawę w coś znacznie bardziej niepokojącego.

Szymon patrzył na ciemny masyw budynku, który od lat stał przy głównej ulicy jak wyrzut sumienia. Opuszczone liceum miało wybite okna, zardzewiałą bramę i reputację miejsca, do którego lepiej nie zaglądać po zmroku. A jednak właśnie tam stali: on, Lena, Igor i Marta. Sobota, późny wieczór, cztery latarki i za dużo odwagi, żeby się wycofać.

– No? – Lena uniosła brodę i mocniej zacisnęła palce na latarce. – Mamy stać tu całą noc czy wchodzimy?

Igor przełknął ślinę. – Piotrek przysięgał, że na drugim piętrze widać światło. Nie raz. Nie dwa.

– Piotrek przysięgał też, że dyrektorka szkoły ma w piwnicy skarby – mruknęła Marta, ale nawet ona nie brzmiała pewnie.

Przeszli przez dziurę w ogrodzeniu i po chwili znaleźli się na podwórzu. Wiatr poruszał luźną blachą na dachu, a stare okna odpowiadały cichym brzękiem, jakby budynek oddychał przez zaciśnięte zęby. Szymon popchnął drzwi wejściowe. Zaskrzypiały tak głośno, że wszyscy odruchowo zamarli.

W środku uderzył ich zapach kurzu, wilgoci i czegoś jeszcze, czego nie umiał nazwać. Korytarz ginął w ciemności, przecięty smugą światła z jednej działającej jeszcze latarki. Szymon zrobił krok naprzód i nagle jego lampka przygasła, po czym zgasła całkiem.

– Super – wyszeptał.

Lena natychmiast podniosła swoją. Krótki, biały snop przesunął się po odpadającej farbie, popękanych kafelkach i tablicy ogłoszeń, na której wisiał pożółkły plan lekcji sprzed wielu lat.

– To tylko bateria – powiedziała, ale jej głos odbił się od ścian zbyt ostro, zbyt pusto.

Szli dalej, coraz ciszej, aż stanęli przy schodach prowadzących na drugie piętro. Tam właśnie, według opowieści, nocą pojawiało się światło. Szymon poczuł, jak serce zaczyna mu walić szybciej, kiedy postawił stopę na pierwszym stopniu. Drewno jęknęło pod ciężarem, jakby szkoła nie była zachwycona ich wizytą.

Na górze panowała nienaturalna cisza. Zabrudzone okna przepuszczały tylko bladą poświatę księżyca, która sprawiała, że korytarz wyglądał jak wyciągnięty z cudzego snu. I wtedy, gdzieś przed nimi, za zamkniętymi drzwiami starej sali biologicznej, rozbłysło ostre, zimne światło.

Wszyscy stanęli jak wmurowani.

– Widzieliście to? – szepnęła Marta.

Nie zdążyli odpowiedzieć. Zza drzwi dobiegł cichy trzask, potem jeszcze jeden. Wąski pasek światła przesunął się po suficie, jakby ktoś powoli obracał latarkę po drugiej stronie.

Szymon zrobił krok w tył, ale drzwi poruszyły się same. Najpierw ledwie o centymetr, potem szerzej. Z wnętrza wypłynęła biała poświata tak jasna, że wszyscy zmrużyli oczy.

A kiedy drzwi otworzyły się do końca, z ciemności dobiegł ich czyjś szept.