Świetlik w kieszeni

Na strychu babci Lena znajduje kawałek szkła, który pokazuje to, czego nie widać gołym okiem. A potem dom, deszcz i cień na schodach zaczynają układać się w coś znacznie bardziej niepokojącego.

Wakacje w Piotrowicach zawsze miały ten sam rytm: skrzypiąca brama, rdzawo-czerwona ławka przed domem babci, ogród zarastający chabrami i zapach prania schnącego na wietrze. Lena znała każdy kamień w alejce, każde pęknięcie w płocie i każdy odgłos tego miejsca. Nic się tu nie działo. Albo tak jej się przynajmniej wydawało.

Tamtego dnia rozpadało się na dobre. Deszcz bębnił o dach tak głośno, że rozmowy z parteru brzmiały jak przez wodę. Lena weszła na stary strych tylko po to, żeby przeczekać burzę, ale od razu poczuła znajomy zapach kurzu, drewna i starych rzeczy, których nikt już nie umiał nazwać. W półmroku stały skrzynie, zrolowane koce i półka, na której od lat zbierały się zapomniane przedmioty.

Na samym końcu półki, pod zmechaconym swetrem, leżał kawałek szkła. Nie był ani cienki, ani przezroczysty jak zwykła szyba. Gruby, lekko zielonkawy, mieścił w sobie coś, co pulsowało bladym światłem. Jakby ktoś zamknął w nim małego świetlika i zapomniał go wypuścić.

Lena wzięła szkło do ręki. Przeszedł ją chłodny dreszcz, a pod skórą na palcach zaszczypało ją delikatne mrowienie. Chciała je odłożyć, ale w tej samej chwili żarówka nad jej głową zgasła z cichym trzaskiem.

Zapanowała ciemność tak gęsta, że przez moment przestała słyszeć nawet deszcz. Potem oczy zaczęły przyzwyczajać się do mroku i wtedy Lena zobaczyła, że szkło świeci mocniej. Dużo mocniej.

Przesunęła po nim kciukiem i aż wstrzymała oddech. W głębi połysku zaczęły płynąć obrazy: dachy domów, gałęzie poruszane wiatrem, sylwetki ludzi idących ulicą za oknem. Miniaturowe, ruchome, zaskakująco ostre. Lena odruchowo przybliżyła szkło do twarzy. W jednej z błyskających scen rozpoznała samą siebie stojącą przy furtce, z ręką uniesioną tak, jakby machała do kogoś, kogo nie było.

Odwróciła szkło powoli. Obraz zmienił się natychmiast, jakby patrzyła przez otwór prowadzący nie do świata za oknem, ale gdzieś głębiej, pod powierzchnię zwyczajnych rzeczy. Serce zaczęło jej bić szybciej. Już miała zawołać babcię, kiedy zza starej komody dobiegł ją ledwie słyszalny szelest.

Zamarła.

Szybko wsunęła szkło do kieszeni i cofnęła się o krok. Podłoga pod jej stopami jęknęła cicho. Z dołu nie dochodził już żaden głos, tylko deszcz i ten jeden, obcy odgłos, jakby ktoś ostrożnie stawiał stopę na schodach prowadzących na strych.

Lena wcisnęła się w cień między skrzynią a belką stropową. Na schodach pojawił się ciemny kształt. Nie należał do nikogo, kogo znała.