Sygnał z drugiego piętra

Nadia, Szymon i Agata trafiają na dziwną sieć Wi-Fi i wiadomość ukrytą w szkolnych korytarzach. Zwykły dzień w liceum szybko zmienia się w coś znacznie bardziej niepokojącego.

Pierwszy dzwonek zdążył już dawno umrzeć w gwarze, ale w Liceum Ogólnokształcącym nr 5 nadal wszystko drżało od rozmów, trzaskających szafek i pośpiesznych kroków. Nadia stała pod ścianą z telefonem w dłoni, dopisując ostatnie zdanie wypracowania, kiedy ktoś gwałtownie pociągnął ją za rękaw bluzy.

To był Szymon. Miał tę samą wiecznie niewyspaną minę co zwykle i słuchawki zsunięte na szyję, jakby właśnie wyrwał się z własnego świata tylko po to, żeby coś komuś pokazać.

Na liście dostępnych sieci Wi-Fi pojawiło się coś nowego. Nazwa migała równo, jakby specjalnie chciała zwrócić uwagę: „Spójrz pod schody 2p”.

Nadia uniosła wzrok. W tym samym momencie dołączyła do nich Agata, poprawiając pasek ciężkiego plecaka, który wyglądał, jakby ktoś upchnął w nim całą matematykę świata. Przeczytała napis i zmrużyła oczy.

Drugie piętro zwykle omijali bez powodu i z powodu jednocześnie. Było tam pusto, chłodniej niż na dole, a światło wpadało przez matowe szyby tak słabo, jakby korytarz sam nie chciał niczego widzieć. Pod schodami trzymano rzeczy, o których wszyscy zapominali: stare krzesła, połamane tablice, kartony po remoncie sprzed wieków. I jeszcze szkolne legendy o przeciekającym dachu, znikających kluczach i dziwnych odgłosach nocą.

Ruszyli tam bez wielkiej pewności, ale też bez odwrotu. Pod stopniami, w cieniu kurzu i pajęczyn, leżał niewielki karton. Nadia przykucnęła pierwsza i wysunęła z niego mały notes z pogiętą okładką. Był lekki, jakby ktoś zostawił go tam tylko na chwilę, a jednak coś w tym geście nie dawało spokoju.

Szymon otworzył go na pierwszej lepszej stronie. Na wierzchu widniała data sprzed dwóch lat, pod nią kilka cyfr, skreślenia i inicjały: M.K.L.

Niektóre strony były puste. Inne zapisano równaniami, strzałkami i krótkimi zdaniami, które wyglądały, jakby urwano je w pół myśli: „Znajdziesz mnie przy dzwonie”, „Nie ufaj temu, co słychać z góry”, „Czas się kończy”.

Nadia poczuła, jak żołądek ściska jej się nieprzyjemnie. Zanim zdążyła coś powiedzieć, z drugiego piętra dobiegł metaliczny trzask, ostry i suchy, jakby ktoś upuścił coś ciężkiego na beton.

Wszyscy troje znieruchomieli.

Potem w korytarzu nad nimi rozległy się kroki. Jedne. Powolne. Prosto nad schodami.