Sygnał z głębin lasu

Adam i jego przyjaciele odbierają nocą tajemniczy sygnał z opuszczonego obserwatorium w lesie. Kiedy ruszają sprawdzić, co się dzieje, las zaczyna odpowiadać im własnym głosem.

Pięć minut po północy Roztoki tonęły w ciężkim, bezruchliwym mroku. Adam siedział przed komputerem z twarzą oświetloną bladym światłem monitora, kiedy na ekranie wyskoczył żółty komunikat: „Sygnał odebrany. Pozycja: 51°35'N 21°01'E”.

Przez sekundę nie mrugnął. Potem odsunął krzesło tak gwałtownie, że aż zapiszczało o podłogę. Od tygodnia z Mają, Jankiem i Lenką siedzieli nad domowym radiem krótkofalowym, łapiąc szumy, urwane głosy i przypadkowe trzaski z eteru. To, co właśnie pojawiło się na ekranie, nie było przypadkowe. Sygnał był krótki, poszarpany, jakby ktoś nadawał w pośpiechu, w ciemnościach, z ostatkiem sił.

„To jest tam” — powiedział Adam, jeszcze zanim zdążył ułożyć myśl do końca. „W lesie. Przy starym obserwatorium”.

Maja podniosła wzrok znad telefonu. Na jej twarzy pojawił się ten sam błysk, który Adam widział zawsze wtedy, gdy coś zaczynało wymykać się spod kontroli. Janek zmarszczył brwi, już gotów protestować, ale Lenka przecięła ciszę pierwsza:

„Jeśli to było wezwanie, nie możemy tego olać”.

W pięć minut mieli spakowane latarki, mapę, dwie baterie zapasowe i kilka batonów wymiętych w kieszeniach. Wyszli tylnym wyjściem, omijając skrzypiące schody i ciemne okna domów, które spały z zaciśniętymi zasłonami. Miasto zostało za nimi szybko, zbyt szybko, jakby samo chciało udawać, że niczego nie słyszało.

Przy wejściu do lasu zatrzymali się na skraju ścieżki. Drzewa stały nieruchomo, czarne i gęste, a między pniami wisiała wilgotna mgła. Janek przełknął ślinę.

„A jeśli to pułapka?” wyszeptał.

„A jeśli ktoś tam naprawdę czeka?” odpowiedziała Lenka. Nie podniosła głosu, ale nikt nie miał już ochoty dyskutować.

Las po zmroku nie przypominał miejsca z dziennych spacerów. Każdy trzask gałęzi brzmiał jak krok za plecami, każdy podmuch wiatru jak czyjś szept tuż przy uchu. Promienie latarek rozcinały ciemność tylko na kilka metrów, potem ginęły w czerni. Szli coraz głębiej, mijając powykrzywiane korzenie i mokre od rosy paprocie, aż w końcu ścieżka zwęziła się w zarośnięty pas ziemi prowadzący prosto do wzgórza.

Obserwatorium wynurzyło się z drzew nagle, jakby las przez cały czas ukrywał je specjalnie przed nimi. Zbite deskami okna, odpadający tynk, rdzewiejąca kopuła i ciemny otwór drzwiowy wyglądały jak wejście do miejsca, które dawno powinno zniknąć z mapy.

Wtedy radio w plecaku Adama zatrzeszczało.

Przez szum przebił się cichy, urywany głos: „Jesteście blisko... pomocy...”

Maja odruchowo zrobiła krok naprzód. Janek cofnął się o pół stopy. Adam poczuł, jak serce podchodzi mu do gardła. I właśnie w tej chwili, zanim ktokolwiek zdążył cokolwiek powiedzieć, drzwi obserwatorium drgnęły same z siebie i otworzyły się z przeciągłym skrzypnięciem.

Z wnętrza wypłynęło światło. Złote. Pulsujące. Żywe.

„Proszę...” — odezwał się głos z ciemności. „Nie zamykajcie drzwi...”