Troje nastolatków łapie dziwny głos na krótkofalówce, a sygnał prowadzi ich do ruin starej wieży na wzgórzu.
Szkoła w Świerkowie uchodziła za miejsce, w którym nic się nie dzieje. Lena znała tę opinię na pamięć, podobnie jak Marcel i Iga, bo powtarzano ją przy każdej akademii, każdej wywiadówce i każdym deszczowym popołudniu, kiedy wszyscy marzyli tylko o tym, żeby wrócić do domu. Tego dnia też stali pod daszkiem przy wejściu, czekając na autobus i rozgrzebując temat matury z udawaną obojętnością.
– Jeśli ktoś nazwie to „najważniejszym rokiem w życiu”, to przysięgam, że od razu uciekam w las – mruknęła Lena, strzepując z rękawa krople deszczu.
– Spokojnie. Do matury jeszcze zdążysz się załamać – odparł Marcel.
Iga miała już odpowiedzieć, gdy nagle urwała w pół zdania. Jej wzrok zatrzymał się na zarośniętym wzgórzu za boiskiem.
– Patrzcie tam.
Za mokrymi od mgły drzewami majaczył ciemny, wysoki kształt starej wieży radiowej. Od lat stała opuszczona, a teraz wyglądała jak fragment czegoś, co nie powinno już istnieć. Wzbita przez deszcz mgła oplatała jej konstrukcję tak gęsto, że wieża zdawała się drżeć w powietrzu.
Marcel bez słowa sięgnął do plecaka i wyjął krótkofalówkę. Stary sprzęt po ojcu, radioamatorze, który nauczył go bawić się pasmami po lekcjach, kiedy nie mieli lepszego zajęcia.
– Nie mów, że znowu chcesz podsłuchiwać kierowców tirów – Lena zmrużyła oczy.
– Tym razem nie ja coś znalazłem. Posłuchajcie.
Przekręcił pokrętło. Najpierw rozległy się same trzaski, potem przeciągły, niski ton, który przeszedł przez nich jak zimny dreszcz. A zaraz po nim kobiecy głos, cichy, urwany, jakby ktoś mówił z miejsca, do którego nie dociera światło:
– Dwa pięć siedem... zero jeden cztery... Gdzie jesteś...?
Sygnał zamilkł tak nagle, jak się pojawił.
Przez chwilę nikt się nie odezwał. Nawet deszcz wydawał się cichszy.
– To nie brzmiało jak żart – powiedziała w końcu Iga, zbyt spokojnie, jak na to, co właśnie usłyszeli.
Lena zerknęła na krótkofalówkę w dłoniach Marcela. Skóra na karku miała jej lodowata.
– Ktoś naprawdę to nadawał?
– Albo coś – odparł Marcel. Spojrzał w stronę wzgórza. – Jeśli sygnał pochodzi stamtąd, musimy sprawdzić.
– W deszczu? Do tej wieży? – Lena parsknęła nerwowo. – To jest dokładnie ten moment, w którym rozsądni ludzie wracają do domu.
Ale ciekawość już ich złapała. Wąska ścieżka prowadząca pod górę była prawie niewidoczna, zadeptana tylko przez okazjonalnych śmiałków i dzikie zwierzęta. Ruszyli nią bez dalszej dyskusji, oświetlając sobie drogę ekranem telefonu i słabą latarką Marcela.
Z każdym krokiem las robił się ciemniejszy, a wieża coraz bliższa i bardziej obca. Gałęzie ocierały się o ich kurtki, mokra trawa ślizgała się pod butami, a gdzieś wysoko, ponad nimi, skrzeczał ptak, jakby ostrzegał ich przed czymś, czego jeszcze nie widzieli.
Przy rdzawej siatce ogrodzenia zatrzymali się jednocześnie. Z bliska ruina wyglądała jeszcze gorzej: pordzewiałe przęsła, pourywane druty, wykrzywiona tablica z napisem, którego nie dało się już odczytać.
Marcel przyłożył krótkofalówkę do ust.
– Halo? Czy ktoś nas słyszy?
Odpowiedziała mu cisza.
A potem, z głębi wieży, dobiegł ich metaliczny łoskot, jakby coś ciężkiego przewróciło się na betonową podłogę.
– Słyszeliście to? – wyszeptała Iga.
Lena podeszła bliżej pęknięcia w murze. W środku, w miejscu, gdzie powinien panować tylko mrok, zobaczyła nagłe, krótkie mignięcie światła.
Przedarli się przez chwasty do drzwi. Były uchylone. Marcel nacisnął je ostrożnie, niemal bez tchu.
Wewnątrz, pośród gruzu, rdzy i zapachu wilgotnego betonu, stał…
Krótkofalówka w jego dłoni zatrzeszczała jeszcze raz.
– Uważajcie – odezwał się ten sam głos, tym razem wyraźniej, prawie błagalnie. – Nie wszystko jest tym, czym się wydaje...
I wtedy coś poruszyło się w ciemności za nimi.