Olga, Szymon i Lena wchodzą nocą do opuszczonego liceum, żeby sprawdzić plotkę o tajemniczym świetle. W chemicznym gabinecie znajdują szczelinę w ścianie, zza której dobiega coś, czego nie powinno tam być.
Po zmroku w opuszczonym liceum nie powinno być nikogo. Mimo to Olga, Szymon i Lena stali przed budynkiem, który ciemniał na skraju dzielnicy jak wyrwany z innego świata. W dzień wyglądał złowrogo, a nocą wydawał się wręcz czekać. Wystarczyła jedna szkolna plotka: ktoś podobno widział światło w dawnym gabinecie chemicznym. Szymon uznał to za wystarczający powód, żeby sprawdzić wszystko na własne oczy.
Wieczór był lepki od ciepła, a ciszę rozcinało tylko cykanie świerszczy i ciche szuranie ich butów. Przecisnęli się przez rozdartą siatkę przy boisku i weszli do środka. Korytarz przyjął ich chłodem i zapachem kurzu. Każdy krok odbijał się echem od ścian, przez co nawet szept brzmiał zbyt głośno. Lena szła ostatnia, ściskając stary aparat jak talizman. Olga prowadziła, trzymając latarkę nisko, żeby nie rozpraszać się odbłyskami. Szymon próbował żartować, ale śmiech grzęzł mu w gardle, zanim zdążył zabrzmieć naturalnie.
Gabinet chemiczny znajdował się na końcu długiego korytarza. Drzwi były uchylone, jakby ktoś przed chwilą je otworzył i nie zdążył zamknąć. W środku stały pokryte pyłem szafki, połamane probówki i rząd zakurzonych butelek z wyblakłymi etykietami. Wszystko wyglądało martwo, z wyjątkiem jednej ściany. Lena zatrzymała się nagle i uniosła rękę.
– Patrzcie tam – wyszeptała.
Olga skierowała światło latarki na tylnią ścianę i wtedy ją zobaczyła. Wąska szczelina biegła pionowo między płytkami tynku, cienka jak nacięcie nożem. Z jej środka sączył się blady, drżący poblask, którego nie powinno tam być. Chwilę później dobiegł z wnętrza ściany cichy szelest, a zaraz po nim coś, co mogło być przytłumionym śmiechem. Szymon przestał oddychać na ułamek sekundy.
Lena przycisnęła aparat do piersi. Olga poczuła, jak skóra na karku jej cierpnie. Szymon, bledszy niż zwykle, zrobił jeden krok naprzód. W tej samej chwili zza szczeliny rozległ się szept, wyraźny i zbyt bliski, jakby ktoś stał tuż po drugiej stronie i mówił prosto do nich. Potem coś w środku poruszyło się z cichym zgrzytem, jak paznokieć przesunięty po betonie.