Szept lasu

Czwórka nastolatków trafia do opuszczonej chaty w lesie. Noc, która miała być zwykłą wyprawą, szybko zamienia się w spotkanie z czymś, czego nie da się łatwo wyjaśnić.

Gdy ostatnia smuga światła zgasła za linią drzew, stary las pochłonął Julię, Maksa, Lenę i Tymona bez reszty. Szli szybko, niemal bez słów, a każdemu z nich serce biło inaczej: Julia czuła ekscytację zmieszaną z lękiem, Lena co chwilę zerkała przez ramię, Maks udawał spokój, a Tymon, jak zwykle, szedł pierwszy, jakby noc należała do niego.

To miała być tylko głupia wyprawa po zmroku. Tylko sprawdzenie starej mapy, tylko odnalezienie chaty, o której krążyły w szkole dziwne historie. Jednak im głębiej wchodzili między drzewa, tym ciszej robiło się wokół. Nawet ich kroki brzmiały tu obco, jakby las słuchał i czekał.

I rzeczywiście, po chwili zobaczyli ją między pniami: pochyloną, ciemną, jakby wyrastała z ziemi, a nie stała na niej od lat. Porastał ją mech, okna były wybite, a drzwi wisiały krzywo, jakby ktoś próbował je wyrwać, a potem zrezygnował. Julia poczuła chłód, choć noc nie była jeszcze tak zimna.

Tymon podszedł pierwszy i popchnął drzwi. Zaskrzypiały tak długo, że wszyscy znieruchomieli. W środku pachniało kurzem, starym drewnem i czymś jeszcze, czymś wilgotnym i metalicznym. Latarki przecięły mrok, odsłaniając przewrócone krzesło, połamany stół i ścianę pełną spękanej farby.

Lena nagle złapała Julię za rękaw.

Na deskach, tuż obok pieca, ktoś napisał kredą: Nie wchodźcie, jeśli nie jesteście gotowi na prawdę.

Zanim ktokolwiek zdążył coś powiedzieć, za zarośniętym oknem przemknęło niebieskawe światło. Potem w chacie zrobiło się lodowato zimno. Coś zaszeleściło w głębi, tam, gdzie latarki nie sięgały już dobrze. Maks odwrócił głowę tak gwałtownie, że aż uderzył plecakiem o framugę.

I wtedy, bardzo blisko, tuż przy ich uszach, rozległ się szept: