Szept Runicznego Lasu

Siedemnastoletnia Jagna i jej młodszy brat wchodzą do Runicznego Lasu, gdzie stare znaki, obce głosy i istota z ludowych podań zaczynają prowadzić ich ku czemuś, czego nie da się już odwołać.

Noc była czarna jak smoła, bez jednej gwiazdy. Wilgoć wisiała nisko nad ziemią i wgryzała się w ubranie, a Runiczny Las pachniał mokrym mchem, rozkładającymi się liśćmi i czymś jeszcze, ostrzejszym, trudnym do nazwania. Jagna mocniej ścisnęła latarkę, przeklinając w duchu to, że wzięła tylko jedną. Wiązka światła drżała w jej dłoni i rozcinała mrok ledwie na kilka kroków.

Za nią szedł Staszek, z plecakiem wypchanym notatnikami, dyktafonem i zbyt dużą pewnością siebie, która teraz wyraźnie topniała. Szli ciszej, niż planowali, jakby samo chrupnięcie gałązki mogło ich zdradzić. Rodzice, etnografowie z Uniwersytetu Warszawskiego, pewnie dostaliby szału, gdyby wiedzieli, dokąd uciekli, ale byli za daleko, żeby ich zatrzymać. A przynajmniej tak się Jagna pocieszała.

— Jagna, tam — szepnął Staszek i pociągnął ją za rękaw.

Między splątanymi korzeniami, na niewysokim pagórku porośniętym bluszczem, leżał kamień. Stary, ciężki, niemal wrośnięty w ziemię. Na jego powierzchni, pod warstwą mchu, odcinały się wyraźne znaki. Runy. Dokładnie takie same jak te z pożółkłych rycin w bibliotece rodziców.

Jagna poczuła, jak żołądek zaciska jej się w twardy węzeł. Babcia mówiła kiedyś: „Runiczny Las pamięta więcej, niż powinien”. Wtedy brzmiało to jak jedno z tych zdań, które starsi rzucają półżartem, żeby dzieciom nie przyszło do głowy zadawać pytań. Teraz już tak nie brzmiało.

— To tu — wyszeptała.

W odpowiedzi z głębi lasu dobiegł cichy śmiech. Krótki, urwany, zbyt ludzki, żeby należeć do zwierzęcia, i zbyt spokojny, żeby był przypadkiem. Jagna zamarła. Staszek odruchowo cofnął stopę, a wtedy coś zamigotało nad nimi, wysoko między gałęziami.

Światło było zimne, prawie białe, i poruszało się za szybko, jakby nie znało ciężaru ciała. Krążyło nad kamieniem, raz po raz przecinając ciemność, aż w końcu wszystko wokół ucichło. Nawet wiatr. Nawet ich oddechy.

Z gęstwiny wyszła postać. Włosy miała splątane jak korzenie, skórę szarozieloną, podobną do porostu na starym dębie. Nie wyglądała ani na człowieka, ani na sen. Uśmiechnęła się tylko odrobinę, a w jej oczach błysnął niebieski płomień.

— Szukacie odpowiedzi, których nie da się odłożyć z powrotem na półkę — powiedziała miękko, chropawym głosem. — Las nie mówi każdemu. I nie zawsze mówi do ludzi.

Staszek odsunął się o krok, ale Jagna nie mogła oderwać wzroku od istoty. Runy na kamieniu nagle zapłonęły bladym, pulsującym światłem. Powietrze zgęstniało tak, jakby las przestał być miejscem, a stał się granicą.

— Wejdźcie w krąg — szepnęła postać, wskazując na kamień. — Jeśli naprawdę chcecie wiedzieć, co was tu przywiodło.

Latarka zamigotała. Nad koronami drzew przeciął niebo krótki błysk. A z ciemności, głębiej niż powinien sięgać jakikolwiek las, dobiegł ich szept — coraz bliższy, coraz liczniejszy, jakby ktoś właśnie obudził wszystko, co od wieków czekało pod ziemią.