Szept ze Starej Biblioteki

Troje przyjaciół wpada na trop zamurowanego przejścia w szkolnej bibliotece podczas nocnego wyzwania. Każdy kolejny krok sprawia, że stara legenda zaczyna brzmieć zbyt prawdziwie.

Stara, ceglana biblioteka przy Zespole Szkół numer 5 od lat miała w sobie coś niepokojącego. Niby zwykła sala z wysokimi oknami i rzędem ciężkich regałów, a jednak uczniowie woleli przechodzić obok niej szybko, szczególnie po zmroku. Jedni przysięgali, że w czasie burzy słyszą stamtąd szuranie. Inni mówili o cieniu, który przesuwa się po najwyższej półce, choć w środku nie ma nikogo.

Mikołaj nie wierzył w szkolne legendy. Ola uważała je za świetny materiał na wyzwanie. Igor natomiast od pierwszej chwili chciał wiedzieć, skąd wzięły się te opowieści. I właśnie dlatego w piątkowy wieczór, kiedy szkoła opustoszała, a w korytarzach przygasły ostatnie światła, cała trójka wymknęła się z sali gimnastycznej z latarkami i telefonem ustawionym na nagrywanie dźwięku.

Zadanie było proste tylko z pozoru: spędzić pół godziny w bibliotece i udowodnić, że nic się tam nie dzieje. Gdy nacisnęli klamkę, drzwi otworzyły się z cichym jękiem. Uderzył w nich chłód, jakby z wnętrza biło nie powietrze, tylko coś starszego. Pachniało kurzem, mokrym papierem i czymś jeszcze, czego Mikołaj nie umiał nazwać. Ola od razu przesunęła snop światła po ścianach, a Igor zszedł wzrokiem na stary katalog ustawiony pod oknem. Mikołaj został przy końcu najdalszego regału, gdzie pod listwą podłogi zobaczył wybrzuszenie, jakby ktoś kiedyś próbował coś tam ukryć.

Wtedy wszyscy troje zamarli. Za zakurzonym szkłem w bocznym oknie przemknął cień. Nie był ani wysoki, ani niski. Po prostu przesunął się szybko, zbyt płynnie, żeby należeć do człowieka. Igor podniósł palec do ust.

– Słyszeliście to? – wyszeptał.

Z głębi biblioteki dobiegł ich ledwo uchwytny szept. Nie brzmiał jak pojedyncze słowo, raczej jak ktoś mówił tuż za ścianą, a mur tłumił każdy dźwięk. Latarki przygasły i na moment rozbłysły na nowo, rzucając nerwowe plamy światła po półkach. Ola cofnęła się o krok, bo na końcu regału, za ogromną szafą, zauważyła miejsce, gdzie cegły różniły się od reszty. Jedna z nich była lekko wysunięta.

Mikołaj podszedł pierwszy. Palce miał zimne, kiedy dotknął cegły, jakby ta była mokra. Odsunął ją powoli. Za nią nie było pustki, tylko wąski, ciemny korytarzyk prowadzący w głąb muru.

I wtedy za ich plecami rozległo się skrzypnięcie drzwi.

Ktoś wszedł do biblioteki. A z ciemności dobiegł wyraźniejszy szept, już nie tak obcy jak przed chwilą, jakby wypowiadał jedno z ich imion…