Adrian, młody etnograf, wchodzi do Boru Łyskiego, gdzie dawne wierzenia wciąż oddychają pod korą drzew. Spotkanie z szeptuchą szybko zmienia wyprawę w coś znacznie bardziej niepokojącego.
Bór Łyski rozciągał się bez końca, ciemny i zbity, jakby ktoś zaszył go igłami świerków i nie zostawił ani jednej szczeliny dla światła. Adrian wszedł w ten mrok z plecakiem, notatnikiem i dyktafonem w kieszeni kurtki, jak człowiek, który przyjechał po materiał do pracy, a znalazł się na granicy cudzej, starej pamięci.
Od tygodni słuchał opowieści w okolicznych wsiach. Jedni urywali zdania, kiedy padało słowo „Bór”, inni spluwali przez ramię, jakby to miało odgonić coś niewidzialnego. Leszy. Rusałki. Szeptuchy, które leczą wodą ze źródeł i potrafią zamknąć chorobie drogę do człowieka. Adrian nie przyjechał tu po legendy dla samej legendy. Chciał sprawdzić, co z tych historii jeszcze żyje, a co tylko udaje, że umarło.
Ścieżka, którą wyznaczył mu zniszczony znak przy szosie, po kilku minutach zwęziła się do wilgotnego pasa błota między paprociami. Latarka wycinała z ciemności krótkie, drżące fragmenty pni i korzeni. Wtedy coś poruszyło się w gęstwinie. Adrian przystanął. Z krzaków wyszła niska staruszka w długim, szarawym kaftanie, z lnianym warkoczem opadającym na plecy. W jednej ręce niosła wiklinowy koszyk, w drugiej chustę tak wyblakłą, jakby przeleżała w ziemi kilka zim.
Nie wyglądała na zaskoczoną jego obecnością. Spojrzała na niego spod krzaczastych brwi z chłodną uwagą, która od razu kazała mu poczuć się nieproszonym.
– Nie jesteś stąd – powiedziała cicho, prawie bez poruszenia warg. – Po co wszedłeś do Boru, chłopcze?
Adrian przełknął ślinę i wyjaśnił pośpiesznie, że bada dawne wierzenia, że pisze o tradycjach, które znikają szybciej, niż można je spisać. Staruszka podeszła bliżej. Z bliska pachniała dymem, ziołami i czymś jeszcze, czego nie potrafił nazwać. Miała twarz pooraną zmarszczkami, ale oczy zbyt przytomne, zbyt jasne jak na kogoś, kto powinien być tylko miejscową szeptuchą z cudzej opowieści.
– Jeśli chcesz zobaczyć to, czego inni nie widzą, musisz przestać patrzeć jak obcy – powiedziała. – Ale pamiętaj. Bór nie przepuszcza nikogo za darmo.
W tej samej chwili zadrżały gałęzie. Przez koronę drzew przeszedł lodowaty podmuch, choć noc była bezwietrzna. Gdzieś głębiej, między pniami, coś zaszeleściło zbyt ciężko jak na zwierzę i zbyt świadomie jak na przypadkowy odgłos lasu. Chmury zasunęły gwiazdy. Staruszka uniosła chustę i skinęła głową, jakby właśnie podjęła decyzję za niego.
Adrian zrobił krok do przodu.
Za najbliższym drzewem rozległo się ciche, gardłowe mruczenie.