Czworo przyjaciół z wioski rusza nocą do Lasu Brzasku, gdzie wśród drzew krążą ślady dawnych słowiańskich istot. Im głębiej wchodzą, tym wyraźniej las zaczyna odpowiadać.
Noc była ciepła jak na początek czerwca, a nad wioską unosił się słodki zapach dzikiego bzu. Wiktor szedł szybko, lecz bezszelestnie, z koszykiem zaciśniętym w dłoni. Nie ważył prawie nic, a jednak miał wrażenie, że ciągnie go w dół. Jeszcze przed północą mieli wejść do Lasu Brzasku.
Przy starej stodole, na końcu ścieżki zarosłej pokrzywami, czekali już Jaga i Szymek. Lena spóźniała się jak zwykle, ale tym razem nikt nie narzekał. W powietrzu wisiało napięcie, cięższe niż letnia duchota. Od kilku dni wszyscy w wiosce szeptali o śladach przy strumieniu, o dziwnych smugach na mchu i o głosach, które podobno niosły się znad lasu po zmroku.
– Znowu coś widziałem przy skraju boru – powiedział Szymek, ściskając drewnianą procę. – Nie był to żaden jeleń.
– A może tylko bałeś się własnego cienia? – odbiła Jaga, ale nawet ona nie potrafiła ukryć niepokoju.
Wiktor postawił koszyk na ziemi i odchylił płócienną ściereczkę. W środku leżał świeży chleb, dwa czerwone jabłka i mała latarka z przytłumionym światłem.
– Jeśli to naprawdę szeptuny, nie chcę ich spotkać z pustymi rękami – powiedział. – Chcę tylko zobaczyć, co zostawiają przy strumieniu.
Wtedy zza rogu stodoły wybiegła Lena. Była zdyszana, z rozwianymi włosami i oczami szeroko otwartymi ze strachu albo z zachwytu.
– Widziałam je – wyrzuciła z siebie. – Przysięgam. Miały długie ręce, jakby z gałęzi, i świeciły im oczy. A kiedy podeszłam bliżej, usłyszałam szept. Nie jeden. Cały las mówił naraz.
Zapadła cisza. Nawet świerszcze umilkły na chwilę, jakby i one chciały podsłuchać.
Ruszyli bez słowa. Ścieżka prowadziła między ciemnymi sosnami, coraz węższa i bardziej obca. Za plecami zostawiali światło okien i bezpieczne głosy wioski, a przed sobą mieli tylko mrok, wilgotny mech i gałęzie zgarbione nisko nad ziemią. Z każdym krokiem Wiktor miał wrażenie, że las nie tyle ich wpuszcza, ile sprawdza, czy naprawdę powinni tu być.
Na polanie rosła stara lipa, tak szeroka, że jej korzenie wyglądały jak zastygłe w ciemności węże. Lena zatrzymała się pierwsza.
– Tam – szepnęła i uniosła rękę.
Między pniami stała postać wysoka i nieruchoma. Miała zbyt długie palce i bladą twarz, której nie dało się dobrze zobaczyć, bo zasłaniały ją cienie. Wokół niej poruszały się mniejsze sylwetki, ledwie widoczne, jakby zrobione z dymu i mchu. Z ich strony płynął cichy szept, poszarpany i niezrozumiały.
Wiktor poczuł, jak latarka drży mu w dłoni. Potem z ciemności dobiegł wyraźny głos, tak blisko, że aż zimny:
– Wiktorze...