Szepty Kamiennej Wieży

Lena i Oliwier trafiają na trop Mai, dawno niewidzianej uczennicy. Nocna wyprawa do ruin Kamiennej Wieży szybko zmienia się w coś znacznie bardziej niepokojącego.

Wiatr prześlizgiwał się przez wysoką trawę wokół Kamiennej Wieży i uderzał w nagie ściany ruin jak w pusty instrument. Lena stała przy zardzewiałej furtce z latarką w dłoni, choć nie była pewna, czy bardziej potrzebuje światła, czy odwagi.

— Ktoś podobno widział Maję tutaj, po zmroku — odezwał się Oliwier, pojawiając się tuż obok niej. — Widział ją naprawdę. Nie plotkę. Myślisz, że to możliwe?

Lena zacisnęła palce na obudowie latarki. Maja zniknęła miesiąc temu i od tamtej pory w szkole mówiło się o niej szeptem, jakby samo wypowiedzenie jej imienia mogło ściągnąć pecha. Oliwier nie znosił bezczynności, więc kiedy usłyszał o ruinach starego obserwatorium, od razu postanowił sprawdzić, czy ktoś nie zauważył czegoś, czego inni woleli nie widzieć.

— Jeśli nikt jej nie znalazł, to znaczy, że ktoś patrzył nie tam, gdzie trzeba — powiedziała Lena, bardziej do siebie niż do niego.

Przeszli przez furtkę. Światło latarki pocięło ciemność na wąskie pasma i odsłoniło spękane mury, wyblakłe napisy wyryte w kamieniu i ślady dawnej konstrukcji, która kiedyś musiała wyglądać dumnie. Teraz wszystko pachniało wilgocią, rdzą i chłodem. Lena odniosła wrażenie, że wieża słucha ich kroków.

Na moment zobaczyła cień przy wejściu. Kształt był zbyt wyraźny, by uznać go za przypadek, a jednak kiedy mrugnęła, niczego już tam nie było.

— Widziałeś to? — szepnęła.

— Co?

— Nic.

Ruszyli dalej po pokruszonych kamieniach, które kiedyś tworzyły posadzkę obserwatorium. W samym środku dziedzińca coś błysnęło w trawie. Lena przykucnęła i podniosła przedmiot. Zardzewiały klucz był zimny i ciężki, jakby leżał tu od lat, choć jego metal wyglądał zaskakująco świeżo na krawędziach.

W tym samym momencie nad ich głowami rozległo się ciche skrzypnięcie. Potem drugi dźwięk. Kroki.

Oliwier odruchowo cofnął się o pół kroku. — Lena...

Z góry dobiegł ich stłumiony śmiech. Krótki, urwany, dziwnie znajomy. Lena poczuła, jak po plecach przebiega jej chłód. Oświetliła schody prowadzące na wyższy poziom wieży. Na balustradzie poruszył się czyjś cień.

— Maja? — zawołała szeptem.

Postać zatrzymała się na skraju półmroku. Między jej palcami błysnęło coś metalowego. Drugi klucz.

A potem, wysoko nad nimi, rozległ się głuchy trzask, jakby coś ogromnego właśnie zostało zamknięte od środka. Oliwier chwycił Lenę za rękę.

— Słyszysz to?

Z ciemności spłynął ledwie uchwytny szept, a drzwi na szczycie schodów zaczęły powoli, bardzo powoli, uchylać się do środka.