Oliwia, Janek, Basia i Igor wchodzą nocą do opuszczonego młyna nad rzeką. W środku wszystko skrzypi, coś błyszczy w ciemności, a za zamkniętymi drzwiami rozlega się ciche pukanie.
Oliwia, Janek, Basia i Igor od dawna polowali na przygody, ale tego wieczoru wybrali miejsce, o którym na osiedlu mówiono tylko półgłosem: stary młyn nad rzeką, tuż za czarną ścianą lasu. Stał krzywy i milczący, obrośnięty bluszczem tak gęsto, jakby chciał ukryć swoje popękane ściany. W oknach brakowało szyb, a z ciemności za nimi zdawało się patrzeć coś nieprzyjaznego.
Zakład, że żadne z was nie wytrzyma tam godziny? - Igor uniósł latarkę jak trofeum.
Najpierw sam przestań nią wymachiwać, bo zaraz ją upuścisz - mruknęła Basia, ale od razu ścisnęła mocniej dłoń Oliwii.
Nawet Janek, zwykle pierwszy do żartów, zerkał na młyn z niepokojem. Ciemna woda rzeki szumiała tuż obok, a wiatr szarpał gałęziami tak, jakby ktoś po drugiej stronie lasu pukał do niewidzialnych drzwi.
Postanowili wejść przez niskie okno na parterze. Janek, najmniejszy z paczki, przecisnął się pierwszy, ostrożnie stawiając stopy między odłamkami szkła. Zaraz za nim wsunęli się pozostali. Kiedy znaleźli się w środku, ich latarki przecięły mrok ostrymi smugami światła.
Wewnątrz pachniało wilgotnym drewnem, kurzem i czymś jeszcze, czymś starym i zimnym. Deski podłogi jęknęły cicho, choć nikt się nie poruszył.
Nikt nie odpowiedział od razu, bo wszyscy usłyszeli to samo: delikatne skrzypnięcie, jakby coś ciężkiego przesunęło się pod podłogą.
Młyn okazał się większy, niż myśleli. Wysokie ściany ginęły w cieniu, a przez szczeliny w deskach wpadały smugi księżyca, układając na podłodze blade pasy. Na drugim końcu sali prowadziły w górę wąskie schody. Były tak stare, że wyglądały, jakby miały się rozpaść od samego spojrzenia.
Ruszyli powoli. Każdy stopień odpowiadał głuchym trzaskiem, który odbijał się echem od belek. Im wyżej wchodzili, tym cisza stawała się cięższa. Nawet ich oddechy brzmiały za głośno.
Na piętrze było jeszcze ciemniej. W półmroku Oliwia dostrzegła stary stół, przewrócone krzesło i coś, co błysnęło pod deską. Schyliła się ostrożnie i wyciągnęła rękę.
Na jej dłoni spoczął zardzewiały klucz na skórzanym rzemyku.
W tej samej chwili od strony dużych drzwi po drugiej stronie sali dobiegło ciche puknięcie.
Wszyscy zastygli.
Po chwili rozległo się drugie, bardziej wyraźne.
I wtedy drzwi zaczęły powoli się otwierać.