Szepty w bibliotece

Lena, Igor i Magda trafiają nocą do szkolnej biblioteki, gdzie książki zaczynają mówić i ostrzegają ich przed tajemnicą sprzed lat.

Szkoła imienia Stanisława Lema była tak stara, że nocą skrzypiała jak statek na wzburzonym morzu. Jej biblioteka, schowana w najciemniejszym skrzydle budynku, miała w sobie coś z labiryntu i coś z grobowca: wysokie regały, wąskie przejścia, kurz wiszący w powietrzu jak mgła.

Lena, Igor i Magda wślizgnęli się do niej chwilę po nieudanej próbie dostania się na strych po stare arkusze egzaminacyjne. Byli już zmęczeni, poirytowani i zbyt podekscytowani, żeby się wycofać. Teraz chcieli tylko znaleźć cokolwiek, co mogłoby im pomóc jutro na sprawdzianie. Albo przynajmniej odpłacić losowi za ten cały szkolny absurd.

– Mamy mało czasu – szepnęła Magda, zerknąwszy w stronę drzwi. – Jeśli ktoś nas przyłapie, koniec.

Lena nie odpowiedziała. Zatrzymała się przy najstarszym regale i wyciągnęła z półki gruby tom „Historii nauki”, obłożony tak ciężkim kurzem, jakby nikt nie dotknął go od lat. Grzbiet był popękany, litery prawie starte, a jednak książka wydawała się dziwnie ciepła w dłoniach.

Igor przesunął palcem po sąsiedniej encyklopedii. W tej samej chwili tom drgnął, jakby odsunął się od jego dotyku. Okładka uchyliła się sama.

Z wnętrza dobiegł głos.

– Nie powinniście tu być.

Przez sekundę nikt się nie poruszył. Magda wstrzymała oddech, Lena spojrzała na Igora, a on na książkę, jakby próbował znaleźć w niej ukryty głośnik albo podstęp.

– Słyszeliście to? – wyszeptała Lena.

Odpowiedziało jej kolejne poruszenie. Z kilku półek spadły książki, jedna po drugiej, uderzając o podłogę z głuchym trzaskiem. Pomiędzy regałami zaczęły odzywać się następne głosy: stłumione, chropowate, nerwowe.

– To jeszcze nie jest zamknięte…
– Znak został naruszony…
– Jeśli przyszliście po prawdę, lepiej nie oglądajcie się za siebie…

Światło zgasło nagle, jak odcięte nożem. W ciemności został tylko blady błysk z najwyższej półki, tam gdzie leżała najstarsza księga, grubsza od wszystkich innych. Jej strony przewracały się same, coraz szybciej, aż w końcu zamarły na jednej stronie pełnej krzywych znaków, których nikt z nich nie umiał odczytać.

Wtedy za drzwiami rozległ się powolny, przeciągły skrzyp.

Ktoś wszedł do biblioteki. A książki zaczęły szeptać jeszcze szybciej.