Lena, która zna bibliotekę Starego Miasta jak własną kieszeń, odkrywa podczas burzy, że książki i przedmioty zaczynają do niej mówić. A potem ktoś wywołuje ją z ciemności.
Stare Miasto miało w sobie coś z labiryntu. Wąskie uliczki wiły się między kamienicami, a w samym środku tego kamiennego gąszczu stała biblioteka tak stara, że jej mury zdawały się pamiętać poprzednie stulecia. Lena przychodziła tu od dziecka. Znała skrzypienie schodów, chłód posadzki i ten ciężki zapach papieru, kurzu oraz czegoś jeszcze, czego nigdy nie umiała nazwać.
Tego wieczoru była sama w czytelni. Za szybami szalała burza, deszcz bębnił o parapety, a wiatr wciskał się w szczeliny okien, jakby czegoś szukał. Lampa na biurku mrugała niespokojnie, rozlewając na ściany żółte, poszarpane światło. Lena odkładała właśnie książki na wózek, kiedy usłyszała cichy chichot.
Zamarła.
Pochodził z półki z encyklopediami. Albo przynajmniej tak jej się wydawało. Przez chwilę tylko słuchała własnego oddechu i huku burzy, po czym wzruszyła ramionami. Pewnie okno. Pewnie przeciąg. W bibliotece zdarzały się dziwniejsze rzeczy, niż ktoś chciałby przyznać.
Sięgnęła po starą lupę leżącą na stole. Była cięższa, niż powinna, metaliczna, chłodna, z uchwytem zdobionym małym smokiem. Kiedy objęła ją palcami, poczuła krótkie, wyraźne drżenie.
Lena cofnęła dłoń.
Lupa znieruchomiała, jakby nic się nie stało.
— Ostrożnie — odezwał się cichy głos.
Dziewczyna odwróciła się gwałtownie. Nikogo nie było. Tylko rzędy książek, stół, krzesła i ciemność między regałami. W gardle zaschło jej z napięcia.
— Kto to powiedział? — szepnęła.
Odpowiedziało jej ciche szurnięcie stron. Na sąsiednim stole podręcznik historii sam się otworzył, a wieczne pióro, leżące obok, drgnęło i zamigotało czarnym połyskiem, jakby naprawdę patrzyło.
— Lena, pospiesz się.
To już nie brzmiało jak figiel wyobraźni. Głos był niski, pewny, wyraźny. Zbyt wyraźny, by go zignorować.
Lena zrobiła krok do tyłu, zbyt gwałtownie, i uderzyła plecami o wózek z książkami. Kilka tomów osunęło się na podłogę z głuchym trzaskiem. W tej samej chwili z całej czytelni podniosło się szeptanie — najpierw pojedyncze, potem coraz głośniejsze, aż wypełniło przestrzeń jak narastający szum radia łapiącego setkę stacji naraz.
Okładki drżały. Zakładki poruszały się jak cienkie języki. Nawet stojąca przy oknie lampa zabrzęczała i zgasła na ułamek sekundy.
Z głębi biblioteki, zza ciężkich drewnianych drzwi, popłynął inny głos. Głębszy. Starszy.
— Lena, nasz czas się kończy. Musisz wybrać, zanim wybije północ.
Stary zegar na ścianie odpowiedział nagłym, suchym stuknięciem. Wskazówki drgnęły, po czym zaczęły obracać się coraz szybciej, aż tarcza zamazała się w srebrnym kręgu.
Lena patrzyła na ciemny korytarz między regałami, na książki szepczące jej imię, na lupę, która znów lekko pulsowała w jej dłoni.
A potem z głębi biblioteki rozległ się trzeci głos, tak blisko, jakby ktoś stał tuż za jej plecami:
— W końcu przyszłaś.