Igor i jego przyjaciele wchodzą nocą do zamkniętej szkoły, gdzie mają czekać szeptane głosy i dziwne światła. W środku cisza szybko zaczyna brzmieć jak ostrzeżenie.
Kiedy Igor uniósł latarkę, gruba warstwa kurzu na klamce zalśniła matowo jak popiół. Stali na pustym dziedzińcu przed opuszczoną szkołą, wśród chwastów i ciemnych pni drzew, które zasłaniały okna jak zasłony. Budynek wyglądał, jakby ktoś dawno wycofał z niego cały oddech.
„Na pewno chcemy tam wchodzić?” — szepnęła Ola, zaciskając palce na starej mapie, którą wygrzebała z papierów po dziadku. Igor zerknął na Maję i Bartka. Nikt nie odpowiedział od razu. Przez ostatnie tygodnie krążyły o tej szkole dziwne historie: o nocnych szeptach, o świetle migającym w pustych salach, o drzwiach, które same się zamykały. Nikt nie potrafił powiedzieć, skąd to się brało. To tylko podsycało ciekawość.
Bartek pchnął furtkę, która jęknęła przeciągle, i już po chwili czwórka przyjaciół stała w holu. Powietrze było ciężkie, wilgotne, przesiąknięte zapachem stęchlizny. Ich kroki rozchodziły się po korytarzu zbyt głośno, jakby szkoła powtarzała każdy dźwięk z opóźnieniem. Na ścianach wisiały wyblakłe gazetki i popękane zdjęcia klas, a z każdego z nich spoglądały twarze, które wyglądały, jakby wiedziały coś, czego oni nie powinni słyszeć.
Zatrzymali się przed drzwiami do sali biologicznej. To właśnie tam, według starego notatnika znalezionego na strychu Oli, działo się najwięcej. Igor nachylił latarkę. Na tabliczce nad klamką farba odprysła tak mocno, że ledwie dało się odczytać nazwę sali.
Wtedy usłyszeli szept.
Był cichy, ale wyraźny. Przesuwał się tuż za drzwiami, jakby ktoś powoli czytał z pożółkłej kartki. Igor zesztywniał. „Jest tu ktoś?” — zapytał, a jego głos zabrzmiał obco, zbyt cienko. Odpowiedziała mu cisza, po której szept wrócił, bliżej, chłodniejszy, jakby ktoś stał już po drugiej stronie.
Ola wyciągnęła rękę po klamkę. W tej samej chwili ich latarki zamigotały i zgasły na ułamek sekundy. Gdy światło wróciło, drzwi do sali biologicznej zaczęły powoli się uchylać, a zza nich dobiegło coś, co sprawiło, że nikt z nich nie odważył się oddychać.