Kuba, siedemnastolatek, odkrywa na strychu nowego domu szafę, która mówi ludzkim głosem. A to, co ukrywa w środku, wygląda na początek znacznie większej tajemnicy.
Wprowadziliśmy się do domu po prababci pod koniec wakacji, kiedy miasteczko zdawało się stać w miejscu, a nasz nowy adres brzmiał bardziej jak ostrzeżenie niż zwykła zmiana. Dom był stary, przycupnięty na skraju ulicy, z oknami tak wysokimi, że wieczorem wyglądały jak ślepe oczy. Podłogi skrzypiały przy każdym kroku, a ściany nosiły rysy, jakby ktoś przez lata próbował wydrapać z nich jakąś odpowiedź.
Rodzice krążyli po parterze wśród kartonów, zajęci rozpakowywaniem talerzy, książek i rzeczy, których nikt nie chciał nazwać pamiątkami. Ja, Kuba, siedemnaście lat i słabość do starych kryminałów, wybrałem strych. Chciałem zobaczyć, co zostało po prababci, zanim dorośli uznają wszystko za „zbyt kruche”, „zbyt stare” albo po prostu „do wyrzucenia”.
Na górze uderzył mnie zapach kurzu, drewna i czegoś jeszcze, metalicznego, jakby dawno zamkniętego powietrza. W półmroku stała ogromna, rzeźbiona szafa. Na drzwiach miała liście wijące się wokół drobnych, wypukłych oczu sowy. Wyglądała, jakby nie należała do tego domu, tylko do jakiejś innej opowieści.
Pociągnąłem za uchwyt.
Drzwi otworzyły się bez oporu, a ja zamiast płaszczy zobaczyłem półki pełne dziwnych przedmiotów. Kapelusz leżał przechylony na boku, zbyt elegancki i zbyt nowy jak na zapomniany strych. Obok niego spoczywała lśniąca, metalowa kula, gładka jak wypolerowane szkło. Na dole stała srebrna szkatułka z tak drobnym zamkiem, że aż bolały od niego oczy.
Przez sekundę miałem wrażenie, że ktoś patrzy mi prosto w plecy.
Odwróciłem się gwałtownie. Nikogo nie było.
Wtedy usłyszałem szept.
— Wreszcie...
Zamarłem. Głos dochodził z wnętrza szafy. Kula drgnęła i lekko podskoczyła na półce, jakby wcale nie była tylko kawałkiem metalu. Kapelusz przechylił się jeszcze bardziej i odezwał się cicho, prawie z irytacją:
— Nie stój tak na progu, chłopcze. Jeśli już tu wszedłeś, to teraz słuchaj.
Cofnąłem się o krok, ale drzwi za mną zatrzasnęły się z hukiem. W ciemności śmignął pulsujący znak na tylnej ściance szafy, jak rozżarzona blizna. Przedmioty zaczęły mówić jednocześnie, nerwowo, urywanymi zdaniami. Ktoś wspomniał o kluczu. Ktoś inny o tym, że „on” nie może się dowiedzieć. Szkatułka skrzypnęła tak ostrym, prawie ludzkim dźwiękiem, że aż ścisnęło mnie w gardle.
— Kuba — powiedział kapelusz już zupełnie poważnie. — Jeśli dotkniesz tego znaku, nie będzie odwrotu.
Spojrzałem na pulsujące światło, na kulę, która zaczęła obracać się sama z siebie, i na szczelinę w tylnej ścianie szafy, która właśnie powoli, niemal niechętnie, zaczęła się otwierać.