W mrocznej puszczy Fenrir i Astris natrafiają na istotę, która zna ich tajemnice. Jej pojawienie się uruchamia coś, czego las najwyraźniej nie chciał obudzić.
Noc w prastarej puszczy nie była martwa. Oddychała powoli, ciężko, jakby pod korzeniami i mchami krążyło coś starszego od samych drzew. Wśród paproci, na połamanym pniu, leżał Fenrir - wąż o łuskach ciemnych jak mokry popiół, z kłami błyskającymi chłodnym srebrem. Nieruchomy tylko z pozoru, gotów uderzyć szybciej, niż większość istot zdążyłaby pojąć, że jest już za późno.
Nad nim, na niskiej gałęzi, siedziała Astris. Sowa o mrocznym upierzeniu, z bursztynowymi oczami, które nie tyle patrzyły, ile przeszywały. Obydwoje znali ten las od lat, a jednak tej nocy coś w nim było nie tak: cisza zbyt głęboka, powietrze zbyt wilgotne, cienie zbyt czujne. Fenrir poruszył językiem, wyczuwając w ziemi drżenie, którego nie powinno tu być.
Najpierw dobiegł ich tylko odległy, stłumiony pomruk, jakby pod runem coś przewróciło kamień. Potem z gęstwiny wysunął się cień - wysoki, nienaturalnie smukły, zbyt płynny, by należeć do rysia, i zbyt ciężki, by był jeleniem. Zatrzymał się na skraju polany. Dwa szkarłatne oczy otworzyły się w mroku i unieruchomiły ich spojrzeniem. Fenrir napiął ciało, Astris bezszelestnie rozłożyła skrzydła, ale istota już mówiła, a jej głos przypominał szept dochodzący spod ziemi: "Wiem, czego szukacie... ale najpierw musicie zdecydować, czy naprawdę chcecie to znaleźć."