W nocnym lesie Kacper, Ola i Daniel trafiają na ślady czegoś obcego. Im głębiej wchodzą w mgłę, tym wyraźniej czują, że ktoś albo coś ich obserwuje.
Wilgoć osiadała na korze i mchach jak zimny oddech, kiedy las zgasł po zmierzchu. Kacper, kasztanowy lis, sunął między splątanymi korzeniami bez zwykłej pewności łowcy. Tego wieczoru nie interesowała go zdobycz. W powietrzu wisiał metaliczny zapach, obcy i drażniący, a z głębi boru co chwilę dobiegał długi, cienki pisk, jakby coś gdzieś ocierało się o kamień.
Przy starym świerku czekała Ola. Młoda sowa siedziała nieruchomo na niskiej gałęzi, lecz jej bursztynowe oczy zdradzały napięcie. Kacper zatrzymał się pod drzewem i uniósł pysk, nasłuchując.
– Słyszałeś to? – szepnęła Ola.
– Słyszę od kilku minut. I nadal nie wiem, co to jest – odparł Kacper. – Ludzie?
Ola drgnęła, jakby samo słowo ją raziło.
– Nie. Ludzie zostawiają inne ślady. Przy strumieniu znalazłam odciśnięte pazury. Zbyt głębokie, zbyt równe. Jakby coś stąpało tu pierwszy raz, ale znało już drogę.
Zanim Kacper zdążył odpowiedzieć, z ciemności wytoczył się Daniel, stary borsuk. Dyszał ciężko, futro miał nastroszone, a jego łapy drżały tak mocno, że ledwo utrzymywał równowagę.
– Nie idźcie dalej – wysapał. – Widziałem je. Nie jedno, tylko parę. A potem… oczy. Czerwone. Jak rozżarzone węgle.
Na chwilę nawet wiatr ucichł. Mgła zgęstniała między pniami, przysłaniając ścieżkę, strumień i wszystko, co mogło czaić się poza kręgiem słabego światła. Kacper zrobił krok naprzód, ale pod jego łapą coś cicho chrupnęło.
Z głębi lasu dobiegł trzask łamanej gałęzi. Potem drugi.
I trzeci, już znacznie bliżej.