Piętnastoletnia Inea odkrywa w ruinach starego zamku bramę do świata, którego nie ma na mapach. Szkarłatne światło budzi coś, co od dawna czekało w cieniu.
Wiosna w Dalen przyszła zbyt cicho. Mgła wisiała nad wioską nisko i ciężko, a mokra ziemia pachniała tak intensywnie, jakby spod niej dopiero co wyciągnięto coś dawno pogrzebanego. Inea czuła to od rana: w ruinach starego zamku działo się coś niewłaściwego. Nie umiałaby tego nazwać, ale bladoczerwone błyski, które przebiegały po kamieniach, wyglądały jak oddech czegoś uwięzionego pod ziemią.
Ścisnęła rączkę czarnego parasola po babci. Stary, wysłużony, z lekko wykrzywionymi żebrami, miał ją chronić przed deszczem, a babcia twierdziła też, że przed pechem. Inea zwykle tylko się z tego śmiała. Teraz jednak, gdy przemykała między zarośniętymi ścieżkami, parasol wydawał się jedyną rzeczą, która trzymała ją przy zdrowych zmysłach.
Dastan czekał przy pękniętym murze, z latarką przewieszoną przez nadgarstek i mapnikiem wypchanym szkicami zamku. Syn kowala wyglądał, jakby od godziny nie ruszył się z miejsca. Kiedy podniósł wzrok, od razu zauważył czerwony poblask na kamieniach.
„Znowu wróciło” — powiedział cicho.
Inea skinęła głową. „Dzisiaj jest mocniejsze. I bliżej.”
Szli w milczeniu przez ruiny, omijając powalone łuki i kamienie porośnięte mchem. Blask gęstniał z każdym krokiem, aż wreszcie dotarli do bramy wciśniętej w gąszcz dzikiego winu i kolczastych gałęzi. Inea widziała ją wcześniej tylko z oddali. Teraz stała otworem.
Za nią nie powinno być niczego. Na starych planach zamku ten fragment kończył się gruzem. A jednak zza bramy sączyło się ciepłe, pulsujące światło, czerwone z domieszką złota, jak rozżarzone wnętrze pieca. Dastan uniósł szkicownik, ale zaraz opuścił rękę.
„Tego nie ma na żadnej mapie” — wyszeptał.
„Może dlatego, że ktoś nie chciał, żeby było widać” — odpowiedziała Inea, choć sama poczuła, jak po plecach przebiega jej zimny dreszcz.
Wtedy z głębi korytarza dobiegł ich głos. Cichy, urwany, jakby wypowiadany przez kogoś stojącego bardzo daleko, a jednak z każdą sekundą stawał się wyraźniejszy. Inea zrobiła krok naprzód. Dastan włączył latarkę, a jej snop przeciął mrok i wydobył z kamieni wyryte symbole: skrzydła, oczy, smoki o rozdartych ogonach.
Korytarz zadrżał. Światło gwałtownie się nasiliło, a z jego środka zaczęły wyłaniać się zarysy czegoś ogromnego. Cień na ścianie urósł tak szybko, że zasłonił cały prześwit. Inea znieruchomiała, czując, że za chwilę coś po drugiej stronie bramy otworzy oczy.