Szkarłatny szept zza lustra

Dorosły Szymon wprowadza się do starej kamienicy przy ulicy Szmaragdowej i odkrywa lustro, które nie tylko odbija obraz, lecz zaczyna odsłaniać coś, co powinno było pozostać ukryte.

Kiedy Szymon przekroczył próg kamienicy przy ulicy Szmaragdowej, poczuł na karku lodowaty powiew. W oknach nie było otwartych skrzydeł, drzwi za jego plecami zamknęły się miękko, a jednak miał wrażenie, jakby coś minęło go w pośpiechu, ocierając się o ramię. Rozejrzał się z półuśmiechem, bardziej z przyzwyczajenia niż z rozbawienia. Miał trzydzieści kilka lat, stabilną pracę i życie ułożone zbyt równo, by nie zaczęło go w końcu dusić. Ta przeprowadzka miała być pierwszym ruchem poza bezpieczny tor.

W środku pachniało wilgocią, kurzem i dawnymi latami. Schody trzeszczały pod ciężarem kartonów, a światło z klatki schodowej wpadało do środka w wąskich, żółtawych pasmach. Zanim zdążył wymienić kilka zdań z sąsiadką, która uchyliła drzwi tylko na szerokość łańcucha, dostał od niej spojrzenie, w którym było więcej ostrzeżenia niż ciekawości. Mieszkanie numer 13 okazało się ciasne, chłodne i dziwnie ciche, jakby ktoś opuścił je w pośpiechu, ale nie zdążył zabrać ze sobą wszystkiego.

Najdziwniejsze było lustro stojące w sypialni. Szymon zauważył je od razu, choć przez pierwsze minuty próbował wmówić sobie, że to tylko stary mebel, jeden z tych ciężkich przedmiotów, które w starych kamienicach przechodzą z mieszkania do mieszkania razem z historią lokatorów. Rama była z czerwonego drewna, bogato rzeźbiona w splątane liście i drobne kwiaty, a tafla odbijała światło z nienaturalną ostrością. Kiedy przesunął po niej palcami, szkło było zimne tak głęboko, jakby chłód płynął spod powierzchni, a nie z pokoju.

Rozpakowywanie zajęło mu kilka godzin, ale lustro wracało do niego jak uporczywa myśl. Gdziekolwiek stanął, miał wrażenie, że tafla śledzi go uważniej niż powinno. W końcu odłożył taśmę, zamknął ostatni karton i usiadł na brzegu łóżka naprzeciwko własnego odbicia. Zmęczenie powinno było wygrać, lecz zamiast tego poczuł narastające napięcie, jak przed chwilą, kiedy wie się, że coś zaraz pęknie.

Po północy mieszkanie spowił mleczny półmrok. Tylko księżycowy pas na podłodze wyznaczał granicę między zwyczajnością a czymś, czego nie umiał jeszcze nazwać. Szymon podniósł wzrok na lustro i zamarł. Jego odbicie drgnęło z opóźnieniem. Potem twarz na tafli zaczęła się rozmazywać, jakby szkło oddychało. Za jego plecami, w głębi odbicia, przesunęła się smuga czerwonej mgły.

Wtedy usłyszał szept. Cichy, bliski, wyraźny. Nie z korytarza. Nie zza ściany. Tuż przy uchu.

Na powierzchni lustra pojawiły się litery, jakby ktoś wypisał je od środka cienkim, gorącym ostrzem: „Jeśli jesteś gotów zobaczyć prawdę, dotknij mojego serca”. Pod ramą, dokładnie na środku, tkwiło maleńkie serce wyżłobione w drewnie.

Szymon usłyszał ciężkie kroki na korytarzu. Nie brzmiały jak kroki sąsiada. Brzmiały tak, jakby coś zatrzymało się po drugiej stronie drzwi i czekało, aż on wykona pierwszy ruch. Wyciągnął dłoń, a kiedy palec dotknął serca, drewno odpowiedziało ciepłem pulsującym pod skórą. W tej samej chwili w tafli pojawił się cień wysokiej postaci, stojącej tuż za jego odbiciem. Patrzył prosto na niego. I uśmiechał się bezgłośnie.