Lena, David i Zofia schodzą do zakazanego skrzydła Akademii Magii w Wiatrołomie i trafiają na pulsujące runy, które otwierają przejście do miejsca, o którym nikt nie mówi głośno.
Wiatr tłukł w szklane kopuły Akademii Magii w Wiatrołomie tak mocno, jakby chciał wedrzeć się do środka i rozgrzebać wszystkie sekrety, które szkoła od wieków trzymała pod kamieniem. Na górnych piętrach gasły już światła, lecz pod biblioteką korytarze wciąż oddychały chłodem starej magii. Tam właśnie, w piątkowy wieczór, Lena, David i Zofia zeszli do zakazanego skrzydła, w którym oficjalnie niczego nie powinno być poza kurzem, ciszą i ostrzeżeniami zapisanymi na tabliczkach.
Lena szła pierwsza, z uniesionym podbródkiem i zaciętością, której nikt nie potrafił jej odebrać. David co chwila zerkał na ekran telefonu, próbując dopasować plan korytarzy do tego, co naprawdę mieli przed oczami. Zofia milczała najdłużej z całej trójki; dla niej stare kamienie mówiły więcej niż ludzie, jeśli tylko umiało się słuchać. Latarnie, które przynieśli, rzucały wąskie, drżące plamy światła na półki pełne ksiąg obciągniętych popękaną skórą i na ściany zapisane symbolami, których nikt nie odważył się od lat odczytać.
– Jeśli to pomyłka, to przyszliśmy zbyt daleko, żeby się odwracać – powiedziała Lena cicho, bardziej do siebie niż do pozostałych.
Nie było odpowiedzi. Zamiast niej Zofia przykucnęła nagle przy ścianie i podniosła z posadzki mosiężny klucz, ciemny od wilgoci, jakby leżał tam od stuleci. W tym samym miejscu, kilka kroków dalej, kamienna płyta nosiła wyżłobiony krąg run. Z bliska znaki wyglądały inaczej niż na lekcjach: nie jak martwy alfabet, lecz jak coś, co cierpliwie czekało na dotyk.
– Spójrzcie na to – wyszeptała.
Gdy Lena położyła dłoń na chłodnym kamieniu, runy odpowiedziały. Najpierw ledwie dostrzegalnym żarem, potem nagłym, szkarłatnym rozbłyskiem, który przeciął ciemność aż do samego sklepienia. Powietrze zagęściło się i zadrżało, jakby cała ściana nabrała oddechu. David cofnął rękę z mapą, bo ekran zgasł bez ostrzeżenia. Zofia ścisnęła klucz tak mocno, że pobielały jej palce.
Kamienne płyty przed nimi poruszyły się z głuchym jękiem. Nie otworzyły się gwałtownie, raczej rozsunęły z powagą czegoś, co od dawna nie było używane. Za nimi odsłoniły się wąskie, spiralne schody schodzące w dół, prosto w ciemność tak gęstą, że światło latarni tylko ją drażniło, zamiast rozpraszać.
– To nie jest zwykłe przejście – mruknął David, a w jego głosie po raz pierwszy pojawiła się nuta, której nie dało się pomylić z ciekawością.
Lena nie odpowiedziała. Wyjęła z plecaka małą szklaną fiolkę z błękitnym płynem i schowała ją w dłoń, jakby sam jej ciężar mógł przywołać odwagę. Zofia wsunęła klucz do kieszeni i uniosła różdżkę, wyczuwając pod skórą puls magii tak wyraźny, jak tętno. Ktoś musiał tu zejść wcześniej. Ktoś musiał zostawić ten krąg nie po to, by go znaleźć, lecz by sprawdzić, kto ośmieli się go naruszyć.
Zeszli kilka stopni, a z głębi uderzył ich zapach kadzidła, starej skóry i czegoś jeszcze, metalicznego, ostrego, niepokojąco świeżego. Echo ich kroków wracało z dołu z lekkim opóźnieniem, jakby po schodach szło coś trzeciego, niewidzialnego. Latarnie zaczęły migotać.
Wtedy rozległo się głuche pukanie.
Raz.
Drugi raz.
Na granicy światła i cienia, dokładnie na ostatnim stopniu, pojawiła się postać w srebrnej masce. Nie wiadomo było, skąd się wzięła. Stała nieruchomo, a mimo to całe przejście zdawało się drżeć od jej obecności. Uniosła dłonie i wyszeptała kilka słów w języku, którego żadne z nich nie znało, ale wszyscy troje poczuli je w kościach.
Szkarłatne runy na ścianach zapłonęły po raz drugi.
Z ciemności za maską zaczęła wynurzać się mglista brama, rozciągając się powoli, jakby coś po drugiej stronie właśnie otwierało oczy.