Lena i Kacper odkrywają na strychu zamknięte drzwi z szklanym kluczem, za którymi czeka komnata ze szkła i coś, co dopiero zaczyna się budzić.
Lena nie wierzyła w magię. Wierzyła za to w skrzypiące podłogi, zakurzone kąty i tajemnice, które kryją stare domy. A dom ciotki Jadzi miał ich więcej niż jakikolwiek inny.
Od tygodnia wakacji Lena i jej młodszy brat Kacper przeczesywali kolejne pokoje, zaglądali pod ciężkie zasłony, do komód z połamanymi uchwytami i za rzędy pudeł pachnących stęchlizną. Dom był ogromny, milczący i pełen szmerów, które budziły się wieczorem razem z wiatrem.
Tamtego popołudnia burza zbliżała się powoli. Niebo zrobiło się ołowiane, drzewa za oknami kołysały się niespokojnie, a Puszek, kot ciotki Jadzi, przemknął po korytarzu jak biały cień. Lena ruszyła za nim, aż nagle zatrzymała się na końcu piętra.
Przed nią stały stare drewniane drzwi. Nie wyglądały szczególnie groźnie, ale coś w nich nie pasowało. Na małym haczyku wisiał szklany kluczyk, przezroczysty i delikatny jak kropla lodu.
Lena zmarszczyła brwi.
– Kacper! Chodź tu szybko!
Brat nadbiegł po chwili, dysząc ciężko i ściskając pod pachą książkę o smokach.
– Co znalazłaś?
– Drzwi. I klucz. Na pewno prowadzą na strych.
Kacper pochylił się tak blisko, że niemal dotknął nosem szkła. – Ale strych jest przecież zamknięty.
To zdanie zawisło między nimi na moment zbyt długo. Lena wzięła klucz do ręki. Był chłodny, ale dziwnie pulsował, jakby miał w sobie uwięzione światło. Wsunęła go do zamka.
Klik.
Zamek ustąpił od razu.
Drzwi otworzyły się z głębokim skrzypnięciem, a z ciemnego otworu wypłynęło powietrze pachnące lawendą, kurzem i czymś jeszcze. Czymś słodkim, ostrym i zupełnie nieznanym.
Schody na górę wiły się w półmroku. Nie były takie jak zwykłe schody na strych. Wydawały się dłuższe, niż powinny, jakby prowadziły nie tylko wyżej, ale i gdzieś dalej.
– Idziemy? – szepnął Kacper.
Lena powinna powiedzieć, że najpierw trzeba znaleźć ciotkę Jadzię. Albo wrócić po latarkę. Zamiast tego ruszyła pierwsza.
Na szczycie schodów zatrzymała ją jasność.
Nie było tam ciemnego strychu. Była ogromna, okrągła komnata ze szkła. Ściany lśniły jak tafla jeziora, z sufitu zwisały kryształowe lampy, a po przezroczystych panelach pełzały drobne światła, układając się w wzory, które co chwilę się zmieniały. W samym środku stała ozdobna szkatułka, stara i piękna, jakby czekała właśnie na nich.
Kacper wstrzymał oddech.
– Lena… to chyba nie jest zwykły strych.
Dziewczynka zrobiła krok do przodu. W tej samej chwili szkatułka lekko drgnęła.
Potem drugi raz.
Z jej wnętrza sączyła się srebrzysta poświata, coraz silniejsza, coraz jaśniejsza. Światła na ścianach zawirowały gwałtowniej, a pod stopami Leny szkło zaczęło powoli zmieniać kolor, jakby coś budziło się tuż pod powierzchnią.