W pustej sali chemicznej czworo nastolatków odkrywa, że codzienne przedmioty zaczęły mówić. Jedno ostrzeżenie uruchamia tajemnicę, której nikt nie powinien był budzić.
Kiedy wszedłem do pustej sali chemicznej, od razu poczułem, że coś jest nie tak. W powietrzu wisiał zapach siarki i kurzu, a pod podeszwami kleił się stary linoleum, jakby samo pomieszczenie nie chciało nikogo wpuścić. Przez brudne okno sączyło się blade światło, rozbijając się o stoły poplamione po dawnych doświadczeniach.
Nie byłem sam. Lena stała przy drzwiach z rękami skrzyżowanymi na piersi; jej rude włosy wyglądały, jakby ktoś zapalił w ciemności sygnał alarmowy. Olek nerwowo obracał w palcach telefon, choć od dawna nie miał zasięgu. Natasza milczała, jak zawsze, ale to jej właśnie pierwszej zaufałbym najbardziej. Każde z nas miało powód, żeby tu przyjść po lekcjach. Żadne nie miało pojęcia, co naprawdę nas czeka.
Najpierw usłyszeliśmy szelest. Suchy, ledwie uchwytny, jak przesuwanie papieru po szkle. Olek odruchowo odwrócił głowę w stronę okna, ale głos dobiegł spod zlewu.
– Serio? Przyszliście tak późno i nawet butów nie otrzepaliście? Strasznie tu od was ciągnie chlorem.
Telefon Olega uderzył o podłogę. Lena cofnęła się o krok. Ja zostałem w miejscu, bo nagle miałem wrażenie, że gdy się poruszę, wszystko pęknie jak cienka szyba.
Na brzegu stołu stała szklanka, ta sama, która jeszcze rano pewnie była tylko kolejnym szkolnym przedmiotem. Teraz patrzyła na nas z czymś, co brzmiało niemal jak irytacja.
– To ty mówisz? – wyrwało mi się, zanim zdążyłem pomyśleć.
– Nie, duch świętego laboratorium. Oczywiście, że ja. – Szklanka drgnęła nerwowo. – I nie mam czasu na wasze miny. Jeśli jeszcze chcecie wyjść stąd normalni, musicie znaleźć Korkową Tablicę przed zachodem słońca. Tylko ona wie, co tu się dzieje.
– Korkową… co? – spytała Lena, ale szklanka już jakby się skurczyła, jakby bała się własnych słów.
– Nie pytajcie teraz. To nie jest bezpieczne.
Wtedy na korytarzu rozległ się głuchy trzask. Ktoś albo coś zatrzymało się tuż za drzwiami. Olek podniósł telefon, jakby mógł nim obronić całą salę. Natasza spojrzała na mnie, a w jej oczach zobaczyłem pierwszy raz coś na kształt strachu.
Drzwi zaczęły się powoli uchylać, skrzypiąc tak cicho, że aż bolało od tego uszy.