Szklane Miasto po Drugiej Stronie Lasu

Trójka nastolatków wchodzi do zakazanego Lasu Cieni i trafia na ślad miasta, którego nie powinno już być.

Amelka usłyszała o Lesie Cieni, kiedy miała dziewięć lat. Od tamtej pory minęło pięć lat, a ona nadal pamiętała ton głosu babci, gdy mówiła: „Nie schodź z drogi, jeśli tam wejdziesz”. W miasteczku nikt nie zapuszczał się głębiej niż na kilka kroków. Ścieżki znikały między splątanymi korzeniami, a wilgoć wisiała w powietrzu jak oddech czegoś, co tylko czeka, aż się odwrócisz.

Tej nocy Amelka nie szła sama.

Po jej lewej stronie stawiał kroki Janek, rozczochrany jak zawsze, z tym swoim uśmiechem, który pojawiał się zawsze wtedy, gdy robił coś, czego nie powinien. Po prawej szła Lena, cicha tylko wtedy, gdy naprawdę musiała, i zbyt uparta, by zawrócić choćby na chwilę. W świetle księżyca ich cienie wiły się po ziemi jak cienkie, niespokojne nitki.

To Lena pierwsza przyniosła wiadomość. W zeszłą środę, tuż po zmroku, znalazła w ogrodzie odłamek szkła. Nie był zwykły. Miał w sobie chłód, jakiego nie dawało żadne okno, i symbol wyryty tak precyzyjnie, jakby zrobiła go ręka kogoś, kto nie znał drżenia. Trójząb przebity błyskawicą.

Od tej chwili wszystko zaczęło do siebie pasować aż za dobrze. Szepty starszych, urwane zdania, których dorośli nie kończyli przy dzieciach. Opowieść dziadka Amelki o mieście za lasem, które miało znikać w słońcu i pojawiać się tylko przy pełni księżyca. Nikt nie wierzył w takie rzeczy. Nikt poza nimi trzema.

Gałęzie zamknęły się nad ich głowami jak mokre palce. Pod butami trzaskały suche patyki, a między paprociami migały zielone punkty światła, jakby las sam obserwował ich każdy ruch. Im dalej szli, tym cisza stawała się cięższa. Nawet Janek przestał mruczeć pod nosem.

Wtedy przed nimi rozbłysło światło.

Nie było żółte jak latarnia ani czerwone jak ogień. Zmieniało się z minuty na minutę, rozszczepione na setki barw, jakby ktoś rozdarł noc i zostawił w niej otwartą ranę. Amelka zatrzymała się tak gwałtownie, że Lena prawie na nią wpadła.

Za gęstą ścianą krzewów otwierała się polana. A na niej stało miasto.

Szklane wieże wznosiły się tak wysoko, że ginęły w mgle. Mosty z przezroczystego kryształu łączyły je w skomplikowane łuki, a bramy jarzyły się zimnym płomieniem. Ulice lśniły jak tafla jeziora, przecinane smugami światła. Między kolumnami unosiły się istoty z mgły i blasku, lekkie, nierealne, jakby każdy ich ruch był tylko odbiciem czegoś starszego od pamięci.

Amelce zaschło w gardle.

To nie mogło istnieć. A jednak stało tuż przed nimi, ciche i olśniewające, tak blisko, że aż bolało patrzeć.

Lena ścisnęła odłamek szkła. Ten nagle rozgrzał się w jej dłoni i zadrżał, jakby odpowiadał na coś po drugiej stronie polany.

W tej samej chwili rozległ się dźwięk dzwonu.

Głęboki. Przenikliwy. Zbyt bliski.

Miasto rozjarzyło się jednym uderzeniem światła, a szkło w dłoni Leny wyrwało się jej z palców i uniosło w powietrze, obracając się wolno nad trawą. Janek zrobił krok do tyłu, ale było już za późno. Z jednej z bram wysunęła się wysoka postać, otulona płaszczem utkanym z mgły i błyskawic.

Jej oczy zatrzymały się dokładnie na nich.

A potem całe Szklane Miasto odpowiedziało kolejnym błyskiem, tak jasnym, że polana zniknęła w białym ogniu.