Szklane Miasto pod Księżycem

Lena i Igor zjeżdżają z leśnej drogi i trafiają do miejsca, którego nie ma na żadnej mapie. Szklane Miasto olśniewa, ale pod jego blaskiem czai się coś, co zdaje się już ich znać.

Lena lubiła powtarzać, że poza granicami rodzinnego miasta świat robi się ciekawszy. Po maturze miała wreszcie czas, żeby sprawdzić to na własnej skórze, więc z Igorem włóczyli się na rowerach po starych drogach, które kończyły się zwykle niczym: polaną, rowem, zamkniętym przejazdem. Tego wieczoru słońce gasło powoli, a oni, znużeni i rozbawieni jednocześnie, skręcili w wąską, nieoznaczoną ścieżkę wciśniętą między drzewa.

Las od początku wydawał się nie w porządku. Liście miały przyciemniony, prawie fioletowy odcień, a mchy rozrastały się tak gęsto, że koła grzęzły w nich jak w miękkiej sieci. Powietrze było chłodne, lecz nie świeże; pachniało wilgocią, kamieniem i czymś jeszcze, czego Lena nie potrafiła nazwać. Igor próbował rozładować napięcie żartem, że jeśli zaraz wyskoczy im z krzaków leśny goblin, to przynajmniej będzie o czym opowiadać. Lena uśmiechnęła się tylko krzywo. Miała wrażenie, że ktoś idzie za nimi od dłuższego czasu.

Ścieżka urwała się nagle. Przed nimi rozciągało się ogromne, mlecznobiałe jezioro, nieruchome jak wypolerowane szkło. Nad taflą unosił się srebrny pył, a po drugiej stronie błyskało coś, co z początku wyglądało jak odbicie księżyca. Dopiero gdy podjechali bliżej, Lena zrozumiała, że to światła miasta. Żadna mapa nie zaznaczyłaby takiego miejsca. Żaden rozsądek nie pozwalałby w nie uwierzyć.

Kamienny mostek był wąski, stary i śliski od wilgoci. Pod kołami zaskrzypiał, jakby obudził coś pod powierzchnią jeziora. Gdy tylko znaleźli się po drugiej stronie, mgła rozsunęła się z cichym szelestem i odsłoniła panoramę Szklanego Miasta.

Wieże wspinały się wysoko w noc, cienkie i przezroczyste, a ich ściany łapały blask księżyca tak, że całe miasto zdawało się oddychać światłem. Ulice układały się w misterną sieć, przeciętą smugami kolorowych iskier. Ludzie mijający ich na chodnikach mieli skrzydła z piór, kryształów albo samego światła; mówili do siebie śpiewnym szeptem, od którego Lena miała dreszcze. W powietrzu mieszały się dźwięki harf, zapach gorzkiej czekolady i słodki aromat nieznanych kwiatów. Wszystko było piękne w sposób zbyt doskonały, jak sen, z którego można się obudzić tylko raz.

Zanim Lena zdążyła spytać, czy to naprawdę dzieje się na jawie, przed jej rowerem stanął wysoki chłopak w długim granatowym płaszczu. Wyglądał na niewiele starszego od nich, ale jego spojrzenie miało w sobie coś niepokojąco starego, jakby widział więcej, niż powinien. Uśmiechnął się lekko.

Igor parsknął krótkim, nerwowym śmiechem, lecz chłopak nawet na niego nie spojrzał.

Lena spojrzała na iglaste cienie za ich plecami, potem na otwierające się przed nimi miasto. Po ulicach przemykały twarze, które zatrzymywały się na nich odrobinę za długo. Ktoś zamknął okiennicę. Gdzieś wysoko, w jednej z wież, zgasło okno po oknie, jakby całe miasto wstrzymało oddech.

Lena zrobiła krok za nim, potem drugi, ściskając kierownicę tak mocno, że aż pobielały jej palce. Igor był tuż obok, ale wyglądał, jakby zapomniał, jak się oddycha. I właśnie wtedy niebo przecięła błękitna błyskawica. Wieże zamigotały ostrzegawczym blaskiem, a z głębi miasta dobiegł przeciągły krzyk, tak ostry i nagły, że Lena poczuła, jak coś lodowatego zaciska się jej w żołądku.

Chłopak odwrócił się gwałtownie.