W kamienicy przy Kwiatowej Karolina trafia na ukryte pod ziemią laboratorium alchemika. Gdy schodzi po szklanych schodach, ktoś czeka już na nią wśród oparów i płomieni.
Karolina weszła do kamienicy przy ulicy Kwiatowej i przez chwilę stała bez ruchu, wsłuchując się w ciszę starego budynku. Mieszkała tu sama od tygodni, odkąd rodzice wyjechali, i wciąż nie potrafiła przywyknąć do tego, że całe mieszkanie należy teraz tylko do niej. Drzwi skrzypnęły cicho, a podłoga w przedpokoju odpowiedziała głuchym echem, jakby coś ukrytego pod deskami czekało właśnie na jej krok.
Pierwszy znak przyszedł po burzy. Wtedy, gdy dach jeszcze kapał deszczem, a w oknach drżały ostatnie błyski piorunów, Karolina usłyszała pod podłogą delikatne pukanie. Nie było w nim nic z przypadku. Brzmiało, jakby ktoś stukał od środka, cierpliwie i z uporem, prosto pod schodami.
Przykucnęła i wsunęła palce pod wąską szczelinę między deskami. Drewno ustąpiło z suchym trzaskiem. Pod spodem nie było zwykłej pustki, lecz wąski otwór prowadzący w dół, do ciemnego korytarza, którego ściany połyskiwały wilgocią. Schody, które się za nim otwierały, wyglądały tak, jakby ktoś wyrzeźbił je ze szkła. Z głębi wypływał zapach lawendy, dymu i czegoś ostrego, trudnego do nazwania, jak metal rozgrzany do czerwoności.
Karolina zawahała się tylko przez moment. Potem postawiła stopę na pierwszym stopniu. Szkło było chłodne i gładkie, ale nie kruche. Przy każdym kroku mijały ją smugi mlecznych oparów, które wiły się wokół nóg jak żywe.
Na dole otworzyła się ogromna sala. Pod ziemią, głęboko pod kamienicą, rozciągało się laboratorium większe niż wszystkie pokoje na górze razem wzięte. Na półkach stały dziesiątki fiolek, baniek i karafek w kolorach, których nie widuje się w zwykłym świetle. W szklanych naczyniach coś cicho bulgotało, czasem zabłyskiwało, czasem gasło jak oddech.
Przy ścianie siedział mężczyzna w szarym płaszczu. Miał bardzo długie srebrne włosy i twarz, której nie dało się od razu zapamiętać, jakby światło uparcie odmawiało jej wyrazu. W palcach obracał niewielką fiolkę z płynem świecącym bladym, zielonkawym blaskiem. Gdy Karolina zrobiła jeszcze jeden krok, uniósł wzrok.
Jego oczy błysnęły złotem.
Karolina nie zdążyła odpowiedzieć. Za plecami mężczyzny alchemiczny piec nagle zadrżał, a potem huknął głucho, jakby coś w środku właśnie pękło. Fioletowe światło wystrzeliło spomiędzy metalowych drzwiczek i rozlało się po laboratorium, rzucając na ściany drżące cienie.