Tosia znajduje pod poduszką zegar po prababci. Tego ranka jego wskazówki cofają się, a mieszkanie zaczyna zachowywać się tak, jakby znało sekret, którego nikt nie wypowiedział.
Poranne światło wciskało się przez cienkie firanki i kładło na ścianach blade, złote pasy. Stara kamienica na skraju miasta budziła się powoli: z podwórza dochodził stukot drzwi, z ulicy szum tramwaju, z kuchni brzęk talerzy. W pokoju Tosi wszystko trwało jeszcze w półśnie. Pod stertą poduszek leżał szklany zegar po prababci, ciężki od wspomnień i tak przejrzysty, jakby ktoś zamknął w nim kawałek wody.
Prababcia powtarzała kiedyś, że najdziwniejsze rzeczy nie lubią hałasu, tylko ciszę między jednym oddechem a drugim. Tosia nigdy nie brała tego na serio. Aż do dziś. Gdy sięgnęła po zegar, wskazówki nie drgnęły jak zwykle, tylko szarpnęły się gwałtownie i zaczęły cofać. Tykanie przyspieszyło, krótkie i nerwowe, jak czyjś palec uderzający w szkło od środka. Migdał, jej kot, który przed chwilą leniwie przeciągał się na parapecie, zeskoczył na podłogę i nastroszył sierść.
Z kuchni płynęły zwyczajne dźwięki: mama nuciła pod nosem, radio grało cicho, czajnik dochodził do wrzenia. Tylko że melodia brzmiała dziwnie, jakby odtwarzano ją od końca. Tosia ścisnęła zegar mocniej. Szklana powierzchnia zrobiła się ciepła, niemal gorąca, a pod jej palcami coś lekko zapukało, jakby ktoś z drugiej strony próbował dać znak. Migdał syknął ostrzegawczo i odsunął się pod ścianę.
Tosia uniosła zegar do twarzy. W środku, między cofaniem się wskazówek a mlecznym blaskiem tarczy, poruszył się cień. Jeszcze jedno stłumione uderzenie. Potem drugie. I wtedy szkło po wewnętrznej stronie zaparowało od ciepła, układając się w cienką linię, która przypominała pęknięcie.