Szkoła Gadatliwych Przedmiotów

Nina trafia do starej szkoły w pałacu i szybko odkrywa, że przedmioty mają tu własny głos. Kiedy nocą jeden z nich wzywa ją na dół, zaczyna się coś, czego nie da się zignorować.

Nina stała przed żelazną bramą nowej szkoły i patrzyła przez splątane pręty, w które wtopiono kawałki kolorowego szkła. Poranne słońce przesuwało się po nich nerwowo, jakby samo nie mogło zdecydować, czy chce tu zostać. Za bramą wznosił się stary pałac przerobiony na szkołę: wysoki, ciemny, z wieżyczkami i spadzistymi dachami, ukryty w cieniu kasztanowców. Wyglądał bardziej jak miejsce z legendy niż budynek, w którym miała spędzić cały rok.

Już po pierwszym dzwonku Nina poczuła, że coś jest nie tak. Drzwi do klasy skrzypnęły tak przeciągle, jakby ktoś szeptał z irytacją: „Za wcześnie”. Kiedy usiadła w ławce, pióro w jej piórniku samo się poruszyło, uniosło nad blat i stuknęło stalówką o kartkę. Po chwili po papierze przebiegły równe, wyraźne słowa: „Nie zapomnij mnie zamknąć”.

Nina odruchowo rozejrzała się po sali. Ktoś mógł robić jej żart. Tylko że nikt nie patrzył w jej stronę. Nauczycielka pisała coś na tablicy, kreda chichotała cicho pod nosem, a globus w rogu klasy obracał się z wyraźną niecierpliwością, mrucząc nazwy państw w kilku językach naraz. Nikt poza Niną nie wydawał się tego słyszeć.

Przez następne dni wszystko stawało się coraz dziwniejsze. Szkolny zegar komentował spóźnienia z taką pewnością, jakby znał przyszłość. Ławka pod Niną przesuwała się o kilka centymetrów, gdy tylko na dłużej wpadała w zamyślenie. Nawet kaloryfery zdawały się nasłuchiwać, kiedy przechodziła korytarzem. I za każdym razem miała to samo wrażenie: to nie ona obserwuje szkołę, tylko szkoła obserwuje ją.

Tej nocy obudził ją dźwięk dzwonka. Był zbyt głośny jak na ciszę po północy, zbyt bliski, jakby rozległ się tuż obok łóżka. Nina usiadła gwałtownie i usłyszała szept dochodzący z korytarza pod drzwiami: „Chodź na parter. Teraz”.

Włożyła bluzę, wsunęła stopy w kapcie i wyszła na skrzypiące schody. W holu panował półmrok, a księżyc wpadał przez wysokie okna w wąskich, srebrnych smugach. Na marmurowym parapecie stała mała lampka. Kiedy Nina zeszła ostatni stopień, zapaliła się nagle ostrym, białym światłem.

— Musisz nam pomóc — powiedziała chłodnym, metalicznym głosem. — Zanim ktoś nas uciszy.

Nina zamarła. W ciemności jedna po drugiej zaczęły rozświetlać się kolejne rzeczy: globus, zegar, poręcz schodów, a nawet stojący przy ścianie parasolnik. Wszystkie patrzyły prosto na nią. A wtedy z góry dobiegł ciężki, powolny trzask, jakby ktoś właśnie zamknął od środka drzwi, których nie powinno już dać się otworzyć.