Szkoła na głowie, czyli dzień, gdy wszystko stanęło na uszach

W szkole Stasia i Zuzi zaczynają dziać się rzeczy tak dziwne, że aż śmieszne. Problem w tym, że dorośli niczego nie widzą, a dzieci trafiają na coraz większą tajemnicę.

Staś już od progu czuł, że to nie będzie zwykły dzień. Wszedł do szkoły, zatrzymał się gwałtownie i spojrzał na ścianę. Zegar wisiał do góry nogami, a jego wskazówki uparcie kręciły się w złą stronę.

„To chyba jakiś żart konserwatora” — mruknął. Tyle że nikt poza nim nawet nie uniósł brwi. Dyżurująca woźna właśnie niosła wiadro i, ku ogromnemu zdumieniu Stasia, śpiewała do mopa tak zawzięcie, jakby stała na wielkiej scenie operowej.

Na korytarzu Staś wpadł prosto na Zuzię. Dziewczynka aż zachłysnęła się ze śmiechu.

„Widziałeś pana od przyrody? Rozmawiał z paprotką i przepraszał ją za złamany liść. Naprawdę przepraszał!” wyszeptała.

„A ja widziałem Profesora Gryzola” — odpowiedział Staś. „Siedział na biurku w kapeluszu pani nauczycielki i wygryzał w zeszycie coś, co chyba miało być tabliczką mnożenia.”

W sali matematycznej było jeszcze gorzej. Krzesła stały na stołach, a zamiast podręczników na ławkach leżały książki kucharskie. Na jednej z nich ktoś zakreślił czerwonym długopisem przepis na „zupę śmiechu”, a na innej widniały „naleśniki na opak”. Nad tablicą wisiała ogromna kartka, której wcześniej tam nie było: Dzień Dziwnych Rzeczy.

Wtedy zadzwonił dzwonek. A raczej nie zadzwonił, tylko zapiał jak kogut. Dzieci spojrzały po sobie oszołomione.

I właśnie wtedy zza uchylonych drzwi dobiegł cichy chichot. Staś i Zuzia odwrócili się jednocześnie. W szparze mignął ogon fioletowego kota, a chwilę później na podłogę wsunęła się wielka tablica z napisem: „Zaczynamy zabawę! Kto odgadnie, co wydarzy się dziś w szkole?”