Szkoła na Górze Zegarowej

Wiktor trafia do szkoły na szczycie góry, gdzie zegary zachowują się dziwnie, a zwykła lekcja zamienia się w zagadkę, która może zmienić wszystko.

Kiedy autobus wziął ostatni, stromy zakręt, Wiktor pierwszy raz zobaczył Szkołę na Górze Zegarowej. Stała na samym szczycie jak coś, co nie powinno należeć do tego świata: kamienne mury, wąskie wieżyczki i ogromny zegar nad wejściem. Jego wskazówki przesuwały się tak wolno, że Wiktor miał wrażenie, jakby patrzył nie na tarczę, tylko na oddech czasu.

Był nowy nie tylko tutaj. Nowe było wszystko: miasteczko, internat, twarze, które mijały go bez słowa. Słyszał wcześniej głupie plotki o "wybrańcach" i szkole, do której trafiają tylko nieliczni. Nie wierzył w to, ale kiedy wysiadł z autobusu i spojrzał na dolinę rozciągniętą daleko pod sobą, poczuł w żołądku jednocześnie dreszcz ciekawości i coś dużo mniej przyjemnego.

W holu panowała cisza tak gęsta, że każdy krok odbijał się echem od kamiennej posadzki. Po marmurowej podłodze szła wysoka kobieta w granatowym płaszczu. Przy pasie miała wielki klucz, który co chwilę cicho uderzał o metalową klamrę. Uczniowie schodzili jej z drogi bez jednego słowa. Wiktor odruchowo dotknął kieszeni kurtki, jakby sprawdzał, czy czegoś nie zgubił, chociaż nie wiedział nawet czego.

Lekcja miała odbyć się w sali 3B. Drzwi były stare, ciężkie, z czarnymi zawiasami i zarysami, jakby ktoś od lat próbował je otworzyć bez skutku. W środku panował półmrok. Uczniowie siedzieli prosto, w równych rzędach, i nikt nie odwracał głowy. Na tablicy kredą zapisano jedno zdanie: „To, co widzisz, nie zawsze jest tym, co istnieje.” Wiktor usiadł z tyłu, obok drobnej dziewczyny o kręconych włosach i skupionym spojrzeniu. Na jej identyfikatorze widniało imię Lena.

Zerknęła na niego ukradkiem, po czym nachyliła się i szepnęła: „Zauważyłeś zegar w holu? Chodzi na wspak.” Wiktor chciał odpowiedzieć coś lekkiego, ale wtedy do klasy wszedł starszy nauczyciel w marynarce poplamionej atramentem. Bez słowa postawił na biurku zamknięte drewniane pudło.

„Dziś nie będzie zwykłej lekcji” – powiedział, omiatając salę uważnym spojrzeniem. „Każdy dostanie zadanie. Zanim je rozdam, chcę wiedzieć, kto z was naprawdę patrzy.”

Rozsunął stos kopert. Wiktor dostał jedną jako jeden z ostatnich. Była cięższa, niż powinna. Ostrożnie rozdarł brzeg i wyciągnął z środka mały, zimny przedmiot, który błysnął w półmroku. Lena pochyliła się jeszcze bliżej.

„To wygląda jak klucz” – wyszeptała. „Ale do czego?”

Nauczyciel uniósł wzrok na zegar wiszący nad tablicą. Przez krótką chwilę wydawało się, że nasłuchuje czegoś, czego nikt inny nie słyszy. Potem powiedział cicho: „Znajdźcie drzwi, które otworzy wasz klucz. I nie zakładajcie, że będą tam, gdzie powinny.”

Wiktor poczuł, jak serce zaczyna mu walić szybciej. Uczniowie zerwali się z miejsc, krzesła zaszurały o podłogę, ktoś już wybiegł na korytarz. Wiktor ruszył za Leną, a kiedy tylko przekroczyli próg, usłyszeli za plecami tykanie, które nie pochodziło wyłącznie z zegara nad wejściem. Było wszędzie. W ścianach. W podłodze. Tuż pod skórą ciszy.

Po chwili zgasło światło. Korytarz zatonął w mroku, a potem na jego końcu zapalił się chłodny, niebieskawy blask. Z ciemności powoli wyłoniły się ogromne drzwi w kształcie zegarowej tarczy. Wiktor zacisnął klucz w dłoni i spojrzał na Lenę. Drzwi, które przed chwilą nie istniały, teraz były dokładnie przed nimi.