Szkoła na Granicy Światów

Zuza, studentka filozofii, trafia w bibliotece na ukryte przejście do zamkniętej części uczelni. Za drzwiami czeka klub, który najwyraźniej wiedział o niej więcej, niż powinien.

Zuza studiowała filozofię na starym, neogotyckim uniwersytecie, którego mroczne korytarze wydawały jej się oswojone. Znała skróty, skrzypienie drewnianych schodów, chłód kamiennych parapetów i ten szczególny zapach kurzu, papieru oraz wilgoci, który unosił się w bibliotece po zmroku. Przynajmniej tak jej się wydawało.

Tego jesiennego popołudnia słońce wpadało przez witraże nisko nad regałami, rozlewając po podłodze plamy czerwieni i granatu. Zuza szukała książki o mitologii nordyckiej, bo miała oddać referat za dwa dni i znowu zostawiła wszystko na ostatnią chwilę. Kiedy wsunęła dłoń głębiej pod półkę z literaturą skandynawską, jej palce natrafiły na coś twardego. Cegłę. Jedną, wyraźnie luźną, jakby ktoś celowo zostawił ją tylko po to, żeby ktoś inny w końcu ją odnalazł.

Przez sekundę patrzyła na nią bez ruchu. Potem nacisnęła mocniej.

Cichy trzask przeciął ciszę biblioteki. Regał zadrżał, a w ścianie obok otworzyła się szczelina, z której uderzył w nią zimny przeciąg. Zuza cofnęła rękę, serce zaczęło jej walić szybciej. W półmroku zamigotał wąski korytarz, zbyt równy, zbyt starannie ukryty, by był przypadkiem. Przez chwilę miała ochotę odejść. Zamiast tego chwyciła telefon, włączyła latarkę i weszła do środka.

Za przejściem czekały schody, których nie było na żadnym planie uczelni. Schodziły spiralnie w dół, coraz niżej, pod bibliotekę, pod fundamenty, pod wszystko, co znała. Powietrze gęstniało z każdym krokiem. Pachniało kurzem, starym drewnem i czymś jeszcze, czymś metalicznym, niepokojąco świeżym w miejscu, które powinno dawno umrzeć.

Na końcu schodów stały drzwi z mosiężną tabliczką: Klub Kameralny. Wejście tylko dla wtajemniczonych.

Zuza zdążyła tylko zmrużyć oczy, kiedy drzwi otworzyły się same.

W progu stanął wysoki mężczyzna w czarnym fraku. Nie wyglądał jak wykładowca ani jak pracownik uczelni, a jednak poruszał się z pewnością kogoś, kto zna to miejsce lepiej niż wszyscy inni. Jego spojrzenie zatrzymało się na Zuzie na ułamek sekundy za długo.

Za jego plecami rozciągała się sala pełna ludzi pochylonych nad otwartymi księgami, szachownicami i czymś, co z daleka wyglądało jak szkolne notatki, ale miało w sobie dziwny, rytualny porządek. Na środku stołu stała niewielka skrzynka inkrustowana symbolami, których Zuza nie potrafiła odczytać. Wszyscy w pomieszczeniu milczeli, jakby czekali na jej wejście od bardzo dawna.

Zuza poczuła, że robi jej się lodowato mimo ciepła bijącego z sali. Spojrzała na skrzynkę, potem na twarze zebranych. Nikt nie wyglądał na zaskoczonego tym, że przyszła. Nikt nie pytał, kim jest. Jakby już dawno ją tu wpisano, zanim jeszcze sama zdążyła o tym pomyśleć.

W sali zapadła taka cisza, że Zuza słyszała własny oddech. Wyciągnęła rękę. Wieko skrzynki było chłodne i ciężkie, a pod palcami wyczuła na nim wypukłe znaki. Kiedy je dotknęła, wszystkie światła nagle zgasły i z głębi korytarza dobiegł dźwięk kroków.